Jak na tym tle wypada woda, uważana powszechnie za dobry przewodnik prądu? Zanim odpowiemy na to pytanie, należałoby się zastanowić, co to jest woda? I z jakimi rodzajami wody mamy do czynienia? Cząsteczka wody składa się z dwóch atomów wodoru i jednego atomu tlenu (Rys. 1a., Rys. 1b.). Rys. 1a. Schemat budowy cząsteczki wody.
Spójrzcie na zdjęcia morświna. Morświn ma trochę ma z delfina, trochę z wieloryba i jeszcze coś, co jest zupełnie różne od tych dwóch wspomnianych zwierząt. Niezwykle sympatyczny wyraz twarzy! Ssak sprawia wrażenie, jakby cały czas się uśmiechał. Mimo wielu trudności oraz nieoczekiwanych zasadzek, które prowadzą do smutnego końca, morświn nie przestaje być pogodną istotą.
Zarówno do spania, jak i do palenia ognia podłoże z mchu nie nadaje się zbyt dobrze. Wiesz już zresztą sam dlaczego – mech magazynuje ogromne ilości wody. Niezbyt przyjemnie śpi się na
Po pierwsze zbadajmy wodę. Nie poprawimy jakości wody jeśli nie poznamy jej parametrów. To od nich zależy dobór odpowiednich filtrów oraz urządzeń uzdatniających. Najprostszy test wykonamy bez żadnych dodatkowych przedmiotów. Wystarczy sprawdzić, czy woda nie pozostawia osadu na szklankach, czy w czajniku gromadzi się kamień.
Zobowiązując się do picia połowy masy ciała w uncjach wody każdego dnia, według badań można oczekiwać, że stracisz więcej wagi. Czy mogę pić 10 litrów wody dziennie? Po prostu: Twoje nerki mogą wyeliminować 20 do 28 litrów wody dziennie, ale mogą wydalić nie więcej niż 0,8 do 1,0 litrów na godzinę.
od Źródła Miłości wybrać żółty szlak i za nim dotrzeć do najwyższego na Roztoczu wodospadu, a następnie wrócić na parking, zrobić kilkunastokilometrową trasę najpierw wzdłuż Tanwi, a następnie wzdłuż potoku Jeleń. My tak jak wspomnieliśmy, zobaczywszy szumy na Tanwi, udaliśmy się w kierunku wodospadu na Jeleniu.
ekFZR5. Woda to podstawowe źródło życia. Jednak bardzo często pijemy jej zdecydowanie za mało, by móc cieszyć się zdrowiem i urodą. Jest na to rozwiązania, a mianowicie korzystanie z wody z kranu. Pokutuje jednak opinia, że jest ona brudna i zanieczyszczona i nieprzegotowanej nie wolno pić. Czy jest ona prawdziwa i jak sprawdzić czy rzeczywiście woda nadaje się do picia? Dwa testy Mamy do wyboru dwa wyjścia – test samodzielny, na trzech wskaźnikach lub test profesjonalny, na dwunastu. Jeśli chodzi o ten drugi to zajmuje się nim sanepid. Takie badanie kosztuje około 200 złotych i wymaga od nas dostarczenie próbki do badań oraz oznaczenie jak wiele parametrów chcemy poznać. Takie badanie jest czasochłonne jednak daje nam stuprocentową pewność co do naszych zasobów wodnych. Z kolei drugi test to zwykły test kupowany w sklepach budowlanych. Kosztuje do 30 złotych i pokazuje pH wody, jej twardość oraz zawartość chloru. Już dzięki temu będziemy wiedzieć czy warto pić wodę z kranu. Aby to zrobić, należy zanurzyć specjalne paski w wodzie między 15 a 25 stopni Celsjusza. To da nam wymierne odpowiedzi. Czy warto pić wodę? Woda z kranu jest zdrowa i w większości posiada więcej minerałów niż butelkowana. Pamiętajmy, że nie warto przegotowywać wody, by się jej napić, gdyż pozbawiona jest ona minerałów, a więc odlewamy z niej niejako wszystko to, co najlepsze. Większość miejskich dopływów wody jest zdrowych, ale warto zainwestować we własne instalacje z i przekonać się, że woda z kranu może być doskonałym źródłem minerałów i zdrowia. Warto pić wody więcej, dlatego nie można lekceważyć tak doskonałego źródła. Niezależnie od tego czy pijemy dużo wody, czy nie, warto sprawdzić czy woda jest zdatna do picia, jak duża jest jej twardość oraz przekonać się na co musimy szczególnie zwracać uwagę przy korzystaniu ze sprzętów korzystający z wody domowej. Tylko w taki sposób będziemy całkowicie pewni i skutecznie zrobimy z tej wiedzy użytek.
Powiedział także: „Napisano: Jak jeleń pragnie wody ze strumieni, tak moja dusza pragnie Ciebie, Boże. Otóż jelenie na pustyni często połykają węże: i kiedy pali je ich jad, pragną znaleźć wodę, bo pijąc ochładzają w sobie żar od jadu węży… Powiedział także: „Napisano: Jak jeleń pragnie wody ze strumieni, tak moja dusza pragnie Ciebie, Boże. Otóż jelenie na pustyni często połykają węże: i kiedy pali je ich jad, pragną znaleźć wodę, bo pijąc ochładzają w sobie żar od jadu węży. Podobnie i mnichów, mieszkających na pustyni, pali żar złych demonów: więc pragną oni dnia sobotniego i niedzielnego, aby przyjść do źródeł wody, to znaczy do Ciała i Krwi Pana, aby tam się oczyścić od goryczy Złego” / Apoftegmaty Ojców Pustyni, tom 1 Fragment książki Zrozumieć Ojców Pustyni. Wprowadzenie do lektury apoftegmatów Szymon Hiżycki OSB (ur. w 1980 r.) studiował teologię oraz filologię klasyczną; odbył specjalistyczne studia z zakresu starożytnego monastycyzmu w kolegium św. Anzelma w Rzymie. Jest miłośnikiem literatury klasycznej i Ojców Kościoła. W klasztorze pełnił funkcję opiekuna ministrantów, duszpasterza akademickiego, bibliotekarza i rektora studiów. Do momentu wyboru na urząd opacki był także mistrzem nowicjatu tynieckiego. Autor książki na temat ośmiu duchów zła Pomiędzy grzechem a myślą oraz o praktyce modlitwy nieustannej Modlitwa Jezusowa. Bardzo krótkie wprowadzenie. (Visited 212 times, 1 visits today) Za pomocą newslettera chcemy się kontaktować, aby przesyłać teksty, nowości wydawnicze i ogłoszenia, które dotyczą naszego podwórka. Planujemy codzienną wysyłkę takiego newslettera. Czytający i słuchający naszych materiałów, zarówno dostępnych w księgarni internetowej, na stronie jak i na kanale YouTube lub innych platformach podcastowych, mogą zastanawiać się w jaki sposób można nas wesprzeć… Od jakiegoś czasu istnieje społeczność darczyńców, którzy aktywnie i regularnie wspierają nasze działania. To jest tylko pewna propozycja, możliwość wsparcia — jeżeli uważasz, że to, co robimy, jest wartościowe i chcesz dołączyć do darczyńców, od teraz masz taką możliwość. Z góry dziękujemy za każde wsparcie!
5 gru CUDA UZDRAWIAJĄCE DUSZĘ I CIAŁO . Gdy Jan usłyszał w więzieniu o czynach Chrystusa, posłał swoich uczniów z zapytaniem: „Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać?”. Jezus im odpowiedział: „Idźcie i oznajmijcie Janowi to, co słyszycie i na co patrzycie: niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia, głusi słyszą, umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię. A błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi”. Gdy oni odchodzili, Jezus zaczął mówić do tłumów o Janie: „Coście wyszli oglądać na pustyni? Trzcinę kołyszącą się na wietrze? Ale coście wyszli zobaczyć? Człowieka w miękkie szaty ubranego? Oto w domach królewskich są ci, którzy miękkie szaty noszą. Po coście więc wyszli? Proroka zobaczyć? Tak, powiadam wam, nawet więcej niż proroka. On jest tym, o którym napisano: Oto Ja posyłam mego wysłańca przed Tobą, aby Ci przygotował drogę. Zaprawdę powiadam wam: Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela. Lecz najmniejszy w królestwie niebieskim większy jest niż on” (Mt 11,2-11). W czwartek, 11 lutego 1858 r. czternastoletnia Bernadetta wyszła do pobliskiego lasu po drzewo na opał. W pobliżu skalnej groty usłyszała jakby powiew delikatnego wiatru. Spojrzała w kierunku groty i zobaczyła róże poruszane tajemniczą siłą. Zaś wnętrze groty wypełniał nadziemski, złoty blask. Z tej jasności wyłoniła się piękna postać kobiety z różańcem w ręku. Taki był początek objawień maryjnych w Lourdes, które poruszyły cały świat i wpłynęły na jego ewangeliczne odrodzenie. W pierwszych tygodniach objawień nikt nie chciał wierzyć w opowieści prostej dziewczyny. Rodzice kazali ją zamilknąć, aby sąsiedzi nie uznali jej za niepoczytalną. Władze publiczne- od miejscowego burmistrza aż do paryskich ministrów- irytowały się tymi „bredniami” jako czymś, z czego może powstać zabobon. Władze kościelne chętnie podzielały ten punkt widzenia. Przesłuchaniom i badaniom nie było końca. Dnia 25 lutego sam Bóg potwierdza, w sposób namacalny prawdziwość słów Bernadetty; oto pod jej palcami wytryskuje źródło, z którego woda ma większą moc uzdrawiania aniżeli wszystkie leki świata. Do Lourdes ciągną nieprzeliczone rzesze pielgrzymów. Doznają tutaj łaski uzdrowienia ciała, a częściej duszy. Jeden z bardziej znanych cudów opisuje sławny lekarz i fizjolog Alexis Carrel, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny. W roku 1903 został wydelegowany do Lourdes jako opiekun pielgrzymki chorych. Oto fragmenty jego zapisek „Moja podróż do Lourdes” gdzie opisuje wspomniane, cudowne uzdrowienie młodej kobiety. Gdy notował te wydarzenia był człowiekiem prawie całkowicie niewierzącym, zapewne, dlatego pisze w trzeciej osobie i pod pseudonimem „Lerrac” co jest anagramem jego nazwiska Carrel. „Teraz jest ona w stanie krańcowego wyniszczenia. Popatrz, jak jest wychudzona. Już nie pociągnie długo. (..) W tej właśnie chwili wszedł na salę doktor J., lekarz z miasteczka położonego pod Bordeaux, który przywiózł do Lourdes kilka swoich chorych. Lerrac natychmiast zwrócił się do niego z zapytaniem, czy uważałby za dopuszczalne przewiezienie Marii Ferrand do Źródła. Dr J. opukał ją i zbadał, po czym rzekł cicho: – To już agonia. Może umrzeć przed Grotą. – Doktorze, niech pan idzie z nią do Źródła- rzekł po chwili Lerrac do pana J. – Zobaczymy, czy spełni się nieprawdopodobny cud przywrócenia do życia umarłej (…). Tylko polaliśmy jej brzuch wodą ze Źródła- powiedziała panna d’O . – Zakonnice nie chciały zezwolić na zanurzenie. Przywozimy ją teraz przed grotę. Za chwilę przyszedł tam dr Lerrac. Jego wzrok spoczął na Marii Ferrand. Wydawało mu się, że w jej twarzy zaszły jakieś zmiany; sine plamy jakby znikły. Cera wydawała się mniej blada. „Ulegam halucynacji- pomyślał sobie. Jest ciekawe zjawisko psychologiczne. Należy je może zanotować”. Wyjął tedy pióro i na mankiecie zapisał dokładną godzinę swego spostrzeżenia. Była druga czterdzieści. (…) „Naprawdę ja oszaleję”- pomyślał Lerrac. (…) Lerrac poszedł do łóżka Marii i stanął osłupiały ze zdumienia. To, co zobaczył, było wprost nie do uwierzenia. Chora siedziała na łóżku. Oczy jej błyszczały, cała twarz, choć szara i wychudzona, była żywa i pełna wyrazu, a na policzkach wykwitły delikatne rumieńce. (…) Zbadali ją doktorzy J. i M. -Wyzdrowienie jest niewątpliwe- rzekł dr J. -Ja też nic nie znalazłem- dorzucił dr M. Dr Lerrac głęboko wstrząśnięty tym niebywałym cudem, który widział na własne oczy, błąkał się, pogrążony w swych myślach, przez całą noc, aż wreszcie o świcie z jego duszy popłynęła do Niepokalanej następująca modlitwa” (…). Takie to był początek nawrócenia Dr Carrela. Ten cud jak i też tysiące innych stają się namacalnymi dowodami, że Bóg zstąpił na ziemię, aby zbawić człowieka. Jest obecny w naszym życiu. Jeśli Go szukamy, na pewno Go odnajdziemy. Nastały czasy mesjańskie, których z utęsknieniem oczekiwał Naród Wybrany, a prorok Izajasz wyśpiewywał swą radość przepowiadając ich nadejście. Tym czasom towarzyszyć będą cudowne zdarzenia jako potwierdzenie wielkich rzeczy, jakie dziać się będą w sferze ducha. Prorok Izajasz pisze: „Wtedy przejrzą oczy niewidomych i uszy głuchych się otworzą. Wtedy chromy wyskoczy jak jeleń i język niemych wesoło krzyknie”. W sferze ducha znaczy to, że przychodzący Mesjasz daje człowiekowi moc przezwyciężenia grzechu i śmierci, wyzwala go ze wszelkich zniewoleń. Jezus Chrystus jest Mesjaszem, którego zapowiada prorok Izajasz. Jan Chrzciciel wskazuje na Jezusa jako Mesjasza. A dla większej pewności posyła swych uczniów do Jezusa z pytaniem: „Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać?” W odpowiedzi Jezus daje im coś więcej niż tylko słowa. „Idźcie i oznajmijcie Janowi to, co słyszeliście i na co patrzycie; niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia, głusi słyszą, umarli zmartwychwstają”. Dzieją się, zatem rzeczy wspanialsze aniżeli Izajasz zapowiadał. Wraz z Jezusem rozpoczęła się era mesjańska, człowiek ma niepowtarzalną szansę spotkania w Chrystusie zbawiającego Boga. (z książki „Ku wolności”). NADZIEJA Niech się rozweselą pustynia i spieczona ziemia, niech się raduje step i niech rozkwitnie! Niech wyda kwiaty jak lilie polne, niech się rozraduje, także skacząc i wykrzykując z uciechy. Chwałą Libanu ją obdarzono, ozdobą Karmelu i Saronu. Oni zobaczą chwałę Pana, wspaniałość naszego Boga. Pokrzepcie ręce osłabłe, wzmocnijcie kolana omdlałe! Powiedzcie małodusznym: „Odwagi! Nie bójcie się! Oto wasz Bóg, oto pomsta; przychodzi Boża odpłata; On sam przychodzi, aby was zbawić”. Wtedy przejrzą oczy niewidomych i uszy głuchych się otworzą. Wtedy chromy wyskoczy jak jeleń i język niemych wesoło krzyknie. I odkupieni przez Pana powrócą. Przybędą na Syjon z radosnym śpiewem, ze szczęściem wiecznym na twarzach. Osiągną radość i szczęście, ustąpi smutek i wzdychanie (Iz 35,1-6a,10). W roku 1942 Bliski Wschód był miejscem krwawych zmagań Aliantów z armią niemiecką. Korpusem afrykańskim dowodził feldmarszałek niemiecki Erwin Rommel. Wśród Aliantów zasadniczą rolę odgrywały jednostki brytyjskie z formacji tzw. „Szczurów pustyni”. Jednym z żołnierzy tej formacji był młody Szkot Walter, który psychicznie nie wytrzymywał natłoku zdarzeń. Armia niemiecka odnosiła sukcesy, musieli wiele razy przed nią uciekać. Nie wyglądało na to, że Alianci wygrają wojnę. Listy, jakie otrzymywał z domu też nie nastrajały pozytywnie. Samoloty niemieckie docierały z bombami do Anglii. Dla młodego żołnierza nastał zły czas, nie widział na horyzoncie żadnej nadziei, żadnego światła. Walter znalazł jednak ucieczkę od tego świata. Była nim butelka araku. Sięgał do niej bardzo często. Odurzony alkoholem odzyskiwał na chwilę radość. Jednak wraz z otrzeźwieniem dopadała go jeszcze większa beznadzieja. Przyjaciel upominał go: „Ten alkohol cię zabije”. Ale Waltera nic nie mogło powstrzymać, szukał tylko sposobności, aby zdobyć następną butelkę. Pewnego dnia ostrzeżenie przyjaciela spełniło się. Rankiem znaleziono Waltera martwego. Uciekł od świata, w którym życie wydawało mu się zbyt trudne. Pytanie, w jakim stopniu zabił go alkohol, a w jakim brak nadziei pozostanie zapewne bez odpowiedzi. Palący piasek pustyni, niemiłosierny żar słońca, puste niebo, złe wieści z frontu i domu wszystko to zabijało w nim nadzieję, a bez nadziei trudno jest żyć. Jego koledzy doświadczali takich samych trudów mieli jednak nadzieję, że wszystko się odwróci, przyjdą lepsze dni, nastanie pokój. Ta nadzieja pozwoliła im przetrwać koszmarny czas. Ponad dwa i pół tysiąca lat temu na tych samych ziemiach rozgrywał się dramat Narodu Wybranego. Królestwo judzkie upadło, Jerozolima została zniszczona a jej mieszkańców uprowadzono do niewoli babilońskiej. W tych trudnych czasach wielu upadło na duchu, zwątpili, nie wierząc, że kiedykolwiek przyjdzie wolność i pokój. Stracili wszelka nadzieję. I wtedy to powstał prorok Izajasz, natchniony mąż, potężny w słowie i czynie. Napełniony bożą mocą i mądrością zachował nadzieję. W duchu tej nadziei podtrzymywał na duchu swoich ziomków, przepowiadając upadek wrogów i powrót do umiłowanej ojczyzny, do swojej świątyni. W swoich wizjach widzi już te szczęśliwe czasy i pisze o nich: „Niech rozweseli się pustynia i spieczona ziemia, niech się raduje step i niech zakwitnie! Niech wyda kwiaty jak lilie polne, niech się rozraduje także skacząc i wykrzykując z uciechy”. Zapowiedź wyzwolenia i powrotu do ziemi ojczystej zawiera w sobie ważniejsze przesłanie, niż tylko wyzwolenie z niewoli politycznej i odbudowanie królestwa ziemskiego. Jest to zapowiedź nowego królestwa, królestwa Bożego, urządzonego według bożego prawa. To królestwo będzie wieczne, tak jak i Król, który zasiądzie na jego tronie. W tym królestwie człowiek doświadczy szczególnej łaski i bliskości Boga. Tym królem będzie Mesjasz. Gdy on przyjdzie zaczną się dziać rzeczy niemożliwe. Prorok głosi: „On przyjdzie, aby was zbawić. Wtedy przejrzą oczy niewidomych i uszy głuchych się otworzą. Wtedy chromy wyskoczy jak jeleń i język niemych wesoło krzyknie. I odkupieni przez Pana powrócą”. Te cudowne przepowiednie pozwalały Narodowi Wybranemu, nawet w niewoli śpiewać radosne pieśni i oczekiwać z nadzieją spełnienia się tych proroctw. Gdy proroctwa spełniały się w sferze politycznej; Naród Wybrany odzyskiwał wolność odbudował królestwo i świątynię, to jednak ciągle była żywa świadomość, że pełna harmonia, radość, wolność będzie możliwa w czasach mesjański. Czekano zatem na Mesjasza. Na przełomie dziejów pojawił się Jan Chrzciciel. W proroczym uniesieniu wołał, że czas jest już bliski, Mesjasz nadchodzi. Wzywał do nawrócenia i porzucenia grzesznych dróg, prostowania ścieżek swego życia. Udzielając Jezusowi chrztu w Jordanie publicznie ogłosił, że Jezus jest Mesjaszem. W tym świetle wydaje się trochę niezrozumiałe pytanie, jakie zadał Jezusowi przez swoich uczniów: „Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać?” Pytanie to, w pewnym stopniu dyktowała sytuacja w jakiej znalazł się Jan Chrzciciel; Mesjasz przyszedł, a naokoło panoszyło się zło, za wytkniecie królowi nikczemnego postępowania Jan został uwięziony. Mogły się rodzić pewne wątpliwości. Na zadane pytanie, Jezus nie odpowiada wprost, tylko nawiązuje do mesjańskiego proroctwa Izajasza: „Idźcie i oznajmijcie Janowi, co słyszeliście i na co patrzyliście: niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci zostają oczyszczeni, głusi słyszą, umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię”. Czyż mogą być bardziej przekonywujące dowody, jak czyny. Zaiste przyszedł Mesjasz, rozpoczęła się era mesjańska. Przyjście Mesjasza na ziemię to początek. Pełnia czasów mesjańskich objawi się wraz z powtórnym przyjściem Jezusa na ziemię. I to jest drugi wymiar oczekiwania adwentowego. Pierwsi chrześcijanie byli mocno przekonani, że powtórne przyjście Chrystusa rychło nastąpi, może nawet za ich życia. Byli gotowi na to spotkanie. Czas mijał i nic nie wskazywało, że Chrystus niebawem przyjdzie. Pojawiały się wątpliwości. Niektórzy tracili nadzieję, zaniedbywali się w życiu duchowym. I to do nich św. Jakub pisze: „Trwajcie cierpliwie, bracia, aż do przyjścia Pana. Oto rolnik czeka wytrwale na cenny plon ziemi, dopóki nie spadnie deszcz wczesny i późny. Tak i wy bądźcie cierpliwi i umacniajcie serca wasze, bo przyjście Pana jest bliskie”. Żyjemy w podobnych czasach, jak pierwsi chrześcijanie; po narodzeniu Chrystusa, a Jego powtórnym przyjściem na ziemię w czasach ostatecznych. W dzisiejszym świecie jest wiele zła, niesprawiedliwości, przewrotności, zakłamania. Oglądając telewizję, czytając gazety widzimy nieraz jak przewrotność, zakłamanie, barbarzyństwo stroją się w szaty szlachetnych dobroczyńców ludzkości. W takich sytuacjach nasza nadzieja na ostateczne zwycięstwo dobra, królestwa Bożego jest wystawiane na wielką próbę. Na te wątpliwości jest tylko jedna odpowiedź, ta sama, którą dał Jezus uczniom Jana Chrzciciela: „Idźcie i oznajmijcie Janowi, co słyszeliście i na co patrzyliście: niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci zostają oczyszczeni, głusi słyszą, umarli zmartwychwstają” (z książki „Nie ma innej Ziemi Obiecanej). ŚWIETY FRANCISZEK KSAWERY Trwajcie cierpliwie, bracia, aż do przyjścia Pana. Oto rolnik czeka wytrwale na cenny plon ziemi, dopóki nie spadnie deszcz wczesny i późny. Tak i wy bądźcie cierpliwi i umacniajcie serca wasze, bo przyjście Pana jest już bliskie. Nie uskarżajcie się, bracia, jeden na drugiego, byście nie popadli pod sąd. Oto sędzia stoi przed drzwiami. Za przykład wytrwałości i cierpliwości weźcie, bracia, proroków, którzy przemawiali w imię Pańskie (Jk 5,7-10). Na drodze naszej wiary spotykamy bożych posłańców, którzy niejako przygotowują nas do spotkania z Bogiem. Wśród nich ważne miejsce zajmuje Jan Chrzciciel, o którym Chrystus powiedział, że jest kimś więcej, niż tylko prorokiem. Jan Chrzciciel słowem i przykładem życia wskazywał na Jezusa. W szeregu bożych posłańców dostrzegamy także św. Franciszka Ksawerego, który po św. Pawle Apostole uważany jest za największego misjonarza świata. Papież Pius I ogłosił go patronem misji i patronem całej pracy nad rozszerzaniem wiary. Dla pozyskania chociaż jednej duszy był gotów oddać swoje życie. Gdy pewnego razu odradzano mu wyjazd misyjny do bardzo niebezpiecznego miejsca, Święty odpowiedział: „Gdyby to były kopalnie złota, srebra i drogich kamieni, gdyby tam można liczyć na obfity połów pereł, każdy by tam poszedł, nie pytając o niebezpieczeństwa. Czyżby kupiec miał okazywać więcej odwagi, nadziei obfitego zysku i wzbogacenia, aniżeli misjonarz chrześcijański, któremu wiadomo, że może tam pozyskać dla nieba dusze nieśmiertelne? Choćby mi się udało ocalić tylko jedną duszę, nie powinienem się ulęknąć nawet największego niebezpieczeństwa”. Franciszek Ksawery urodził się 7 kwietnia 1506 roku w rodowym zamku Xavier pod Nawarrą w Hiszpanii. Ojciec jego był profesorem uniwersytetu w Bolonii oraz prezydentem Rady Królewskiej, zaś matka, Maria de Azpicueta pochodząca ze znakomitego rodu zajmowała się domem. Zdolności Franciszka oraz wysoka pozycja ojca wskazywały, że przyszły Święty zrobi wspaniałą karierę świecką. Pod tym też kątem był wychowywany. 18- letni Franciszek rozpoczął studia na słynnym wówczas Uniwersytecie Paryskim. Po uzyskaniu stopnia magistra wykładał w College Domans- Beauvais, gdzie spotkał bł. Piotra Favre, a kilka lat później św. Ignacego Loyolę. W niedługim czasie zamieszkali razem. Łączyły ich wspólne ideały i zamiary. Postanowili razem założyć nową rodzinę zakonną bez reszty oddaną służbie Kościoła Chrystusowego. Z tą myślą Franciszek rozpoczął studia teologiczne w paryskiej Sorbonie. W uroczystość Wniebowzięcia NMP, 15 sierpnia 1534 roku Franciszek Ksawery razem z Ignacym i Piotrem oraz czterema innymi towarzyszami, po uprzednich ćwiczeniach duchownych prowadzonych przez Ignacego Loyolę złożyli śluby zakonne i postanowili całkowicie oddać się nawracaniu niewiernych i ratowaniu dusz. Dwa lata później udali się przez Wenecję do Ziemi Świętej. W Wenecji, oczekując na statek usługiwali w szpitalach i przytułkach miasta. Gdy oczekiwanie przedłużało się z powodu ekspansji islamskiej, wszyscy współzałożyciele Towarzystwa Jezusowego (Jezuitów) udali się do Rzymu, gdzie, 24 czerwca 1537 roku Franciszek otrzymał święcenia kapłańskie. Przez pewien czas nowo wyświęcony kapłan wraz z towarzyszami pracował w Bolonii a później w Rzymie, prowadząc działalność duszpasterską i charytatywną. Niebawem papież Paweł III, 27 września1540 roku zatwierdził Towarzystwo Jezusowe. W tym też czasie król portugalski Jan III zwrócił się do Ignacego Loyoli z prośbą o wysłanie kilku zakonników na misje do niedawno odkrytych Indii. Na czele grupy misyjnej stanął Szymon Rodriguez, który jednak zachorował i był zbyt słaby na wyjazd. Na jego miejsce zgłosił się Franciszek Ksawery. Udając się na misje, Franciszek przejeżdżał niedaleko rodzinnego zamku, gdzie żyła jeszcze jego matka. Nie wstąpił jednak, aby się z nią pożegnać. Chciał, aby to była ofiara złożona Bogu. Pożegnał matkę przez posłańca, słowami: „Spodziewam się wkrótce na wieki oglądać cię w niebie”. 7 kwietnia 1541 r. Franciszek w towarzystwie jednego kapłana i brata zakonnego opuścił Europę. Udawał się do Indii jak misjonarz, wysłannik królewski i legat papieski. Po trzynastu miesiącach bardzo trudnej i burzliwej podróży dotarli do Goa, politycznej i religijnej stolicy portugalskiej koloni w Indiach. Franciszek rozpoczął od razu swoją pracę misyjną, nie tylko wśród ludności tubylczej, ale i chrześcijan, którzy odeszli od ewangelicznej prostoty życia. Święty odwiedzał rano chorych i więźniów, potem obchodził place i ulice miasta z dzwonkiem w ręku, zapraszając dzieci i dorastającą młodzież na naukę katechizmu. Przez dzieci zjednywał sobie rodziców. Po jego wpływem wielu oziębłych chrześcijan wracało do pierwotnej gorliwości chrześcijańskiej. W trosce o kształcenie misjonarzy, Franciszek założył seminarium duchowne. Następnie Święty udał się do południowych Indii, gdzie w pierwszym miesiącu nawrócił około 10000 pogan i poświęcił 45 kościołów. Było to możliwe dzięki żarliwości apostolskiej i roztropności duszpasterskiej, która doradzała mu uszanowanie bogatej tradycji hinduskiej. Franciszek, zgodnie ze swym pochodzeniem, twierdził, że należy do kasty wojowników. Przez co pozyskał dla Chrystusa wielu braminów. Ubierał się i żył jak hinduski asceta. Zamiast sutanny przywdział strój hinduskiego nauczyciela – guru. Ogolił głowę, nosił kij bambusowy w jednej ręce, a naczynie z wodą w drugiej. W czasie podróży jadł gotowany ryż i rośliny przygotowane przez bramińskiego kucharza. Nosił też na czole znak z pasty sandałowej i święty sznur owinięty wokół szyi. Nauczył się miejscowych języków, w tym bardzo trudnego dla Europejczyka sanskrytu i doskonale poznał mentalność tubylców. Wedę, świętą księgę hindusów interpretował w świetle Ewangelii. Samą zaś Ewangelię przedstawiał jako czwartą, uważaną przez Hindusów za zaginioną, księgę Wedy. Wszystkim nowo ochrzczonym pozwalał zachowywać ich dotychczasowe zwyczaje jak: rytualną kąpiel poranną, używanie pasty sandałowej, noszenie świętego sznura i pęku włosów z tyłu głowy. Przyjmujący chrzest nie musieli też zmieniać imion. Sława świętego cudotwórcy rozeszła się szybko po całych Indiach, wszędzie witano go z wielkim entuzjazmem. Franciszek sprowadziwszy do Indii misjonarzy, sam udał się do Indochin, Moluków i południowych Filipin. Wszędzie pozyskiwał wielu wyznawców dla Chrystusa. Po wyczerpującej pracy wrócił do Goa. Tutaj spotkał misjonarzy przybyłych z Europy. Po zapoznaniu ich z pracą w tej misji, zamiast odpocząć, wyruszył w roku 1549 na misje do Japonii. Podróż odbywał na pirackim statku. Po czterech miesiącach, 15 sierpnia wylądował w Kagoshimie. Po niezbyt życzliwym przyjęciu udał się na wyspę Yamaguchi. Ubrał się w bogaty strój japoński i wręczył miejscowemu władcy bogate dary, za co otrzymał zupełną swobodę głoszenia Ewangelii. Następnie udał się na wyspę Kiu-siu, gdzie pozyskał 1000 wyznawców. Do pracy wśród Japończyków pozostawił dwóch kapłanów, a sam wrócił do Indii. Nie pozostał tu jednak długo. Gorąco pragnął nawrócenia Chin na wiarę Chrystusową. Na próżno jednak szukał kogoś, kto by chciał z nim jechać do kraju wrogiego Europejczykom. W końcu udało mu się wsiąść na okręt z posłem wice-króla Indii do cesarza Chin. Przybyli do Malakki, ale tu kapitan z obawy przed aresztowaniem kazał Franciszkowi opuścić statek. Święty wynajął niewielki żaglowiec rybacki i dopłynął do wyspy Sancian, w pobliżu Chin. Żaden jednak statek nie chciał dalej płynąć w obawie przed ciężkimi karami, łącznie z karą śmierci, jakie groziły za przekroczenie granic Chin. Święty utrudzony podróżą i zabójczym klimatem zachorował na febrę. Pozbawiony wszelkiej pomocy, umierał samotnie na wyspie Sancian. W nocy z 2 na 3 grudnia 1552 roku, mając 46 lat życia odszedł po nagrodę do swego Pana. Jak mówi tradycja ciało jego pozostało nienaruszone rozkładem przez kilka miesięcy, mimo upałów, jak też wilgoci panującej na wyspie. Ostatecznie, relikwie Świętego przewieziono do Goa i złożono w ołtarzu kościoła jezuitów. Zaś relikwie ramienia Świętego przesłano do Rzymu i złożono w kościele, któremu nadano tytuł Świętego (z książki Wypłynęli na głębię). SZUKANIE SZCZĘŚCIA Amerykańska powieściopisarka Agnes Repplier powiedziała: „Nie jest łatwo odnaleźć szczęście w sobie i nie jest możliwe by znaleźć je gdziekolwiek indziej”. Ten problem roztrząsało wielu myślicieli, a wśród nich Blaise Pascal wybitny francuski filozof, matematyk i fizyk. Pisze między innymi: „Wszyscy ludzie pragną być szczęśliwi; nie ma tu wyjątku; mimo różnych środków wszyscy dążą do tego samego celu. To, że jedni idą na wojnę, a drudzy nie, wynika u obydwu z tego samego pragnienia, skojarzonego z odmiennym sposobem patrzenia. Wola nie czyni najmniejszego kroku inaczej jak tylko ku temu jednemu celowi. Jest to, bowiem pobudka wszystkich czynności ludzkich”. Mimo wspaniałych odkryć, powodzenia i sławy Pascal nie uważał się za szczęśliwego. Wszystko odmieniło się, gdy w starszych latach zwrócił się ku religii i zaczął prowadzić mistyczne życie. Wyznał wtedy: „Nikt nie jest tak szczęśliwy jak prawdziwy chrześcijanin”. Podobnie jak wspomniana pisarka uważał, że prawdziwe szczęście można odnaleźć tylko w swoim wnętrzu: „I choć instynkt nakazuje nam szukać szczęścia poza nami, i namiętności pchają nas na zewnątrz, daremnie szukamy szczęścia we wszystkim, co nas otacza. Wszystkie, bowiem rzeczy okazują się do tego niezdatne i niewystarczające”. To czego szukał odnalazł w Chrystusie: „Chrystus uczynił nie co innego, jak tylko pouczył ludzi, że za bardzo kochają samych siebie, że są niewolni, ślepi, chorzy, nieszczęśliwi i grzeszni; że trzeba, aby ich wyzwolił, oświecił, uświęcił i uleczył; że osiągną to, nienawidząc samych siebie i idąc za Nim przez nędzę i śmierć krzyżową. Dlatego bez Chrystusa człowiek musi być w grzechu i nędzy; z Chrystusem człowiek jest wolny od grzechu i nędzy. W Nim jest cała nasza cnota i całe szczęście”. Adwent jest czasem szukania i coraz pełniejszego odnajdywania Boga, w którym jest nasze zbawienie, tożsame z wiecznym szczęściem i radością. O tej radości mówi w poetycki sposób zacytowane na wstępie proroctwo Izajasza: „Niech wyda kwiaty jak lilie polne, niech się rozraduje, także skacząc i wykrzykując z uciechy”. Prorok poprzez radość doczesną prowadzi do radości wiecznej, przekraczającej ziemskie uwarunkowania. Skończyła się niewola babilońska. Edomici, którzy urośli do symbolu głównego wroga ludu Bożego zostali pokonani. Wybrani wracają uradowani z niewoli do swojej ojczyzny. Z pewnością rozumieją radość tego powrotu ci, którzy w Polsce doczekali końca II Wojny Światowej i wyzwolenia Polski. Ogromna radość, entuzjazm, nadzieja wypełniła serce Polaków. Wszystkim wydawało się, że przychodzą cudowne dni wolności i radości. Jednak było to złudzenie. Komunistyczna niewola na długie lata okryła mrokiem Polskę. Wydawało się, że zryw Solidarności przyniesie Ojczyźnie prawdziwą wolność i solidarność międzyludzką. To też było złudzenie rajskiej ojczyzny. Dzisiaj człowiek jest zniewalany bezpardonowym kapitalizmem i wszechmocą mediów. Media potrafią tak ogłupić człowieka, że jak pobekujący baran da się zapędzić w niewolę konsumpcjonizmu i niemoralnych przyjemności, nieliczących z prawem bożym i bliźnim. Również w sferze politycznej, człowiek bardzo łatwo daje się ogłupiać mediom, reklamie. W niedługim czasie po zwycięstwie nad komunizmem większość Polaków wybrała prezydenta z komunistyczną przeszłością. W tym wyborze niebagatelną rolę odegrał Jacques Seguela, światowy autorytet w dziedzinie reklamy. Kandydat na prezydenta przyszedł do niego i powiedział, że ma „kilka garbów”. Jednym z nich jest komunistyczna przeszłość. Specjalista od propagandy powiedział, że to żaden problem, niech tylko postępuje według jego wskazówek, a na pewno wygra. Jak się okazało miał rację. Inny spec od propagandy skutecznie pomógł prezydentowi Stanów Zjednoczonych uzasadnić atak na Irak, wmawiając im, że ma on broń atomową i jest zagrożeniem dla całego świata. Prawie sto procent Amerykanów uwierzyło w to kłamstwo. Te dwa przykłady wystarczą, aby ukazać jak łatwo dzisiejszego człowieka wpędzić w niewolę kłamstwa. Społeczeństwo urządzane kłamstwem jest zawsze kulawe i garbate. Wróćmy do słów proroka Izajasza: „Osiągną radość i szczęście, ustąpi smutek i wzdychanie”. Zapewne po części to proroctwo spełniało się w odzyskanej ojczyźnie, ale było zarazem zapowiedzią idealnego królestwa i nadzwyczajnego króla: „Wtedy przejrzą oczy niewidomych i uszy głuchych się otworzą”. Uwolnienie ze zniewolenia fizycznego jest zapowiedzią wyzwolenia duchowego, które dokona się w Bogu: „On sam przychodzi, aby was zbawić”. Powrót do Ziemi Obiecanej staje się symbolem powrotu ludzi do wielkiej zażyłości z Bogiem i zapowiedzią eschatologicznego zbawienia, które zacznie się realizować wraz z przyjściem Mesjasza. Narodzenie Mesjasza, Jezusa będzie zapowiedzią pojednania człowieka z Bogiem, a Jego powtórne przyjście będzie ukoronowaniem dzieła zbawienia w duszach ludzkich. Jan Chrzciciel, o którym słyszymy w dzisiejszej Ewangelii zapowiada nadejście Mesjasza w konkretnym czasie i miejscu. Dzisiejsi święci mężowie bardzo skutecznie wskazują na Mesjasza, który ciągle do nas przychodzi. Św. Ojciec Pio bardzo wiele osób doprowadził do spotkania z Mesjaszem. Jednym z nich jest mason Cesare Festa, prawnik, członek Wielkiej Loży Włoch i wydawca dziennika Genui „Il Caffaro”, który w marcu 1921 roku udał się do San Giovanni Rotondo, aby „zdemaskować” Ojca Pio. Ojciec Pio, który nic nie wiedział o Cezarym Festa i jego wizycie, zobaczywszy go w tłumie pielgrzymów podszedł do niego i powiedział głośno: „A cóż on robi wśród was? To jest mason”. Chwycił go za rękę i patrząc mu w oczy opowiedział przypowieść o synu marnotrawnym. Zmieszany adwokat uklęknął przed ojcem Pio, następnie wyspowiadał się i pozostał w San Giovanni Rotondo przez kolejne trzy dni. Po powrocie do Genui ogłosił publicznie swoje nawrócenie, co wywołało wielką sensację. Po pewnym czasie powrócił do San Giovanni Rotondo i wstąpił do Trzeciego Zakonu świętego Franciszka. Ewangelia mówi, że Jan Chrzciciel posłał swoich uczniów do Jezusa z zapytaniem: „Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać?”. Wygląda to jakby Jan Chrzciciel nie miał całkowitej pewności, co do Jezusa. W tym momencie to nie jest najważniejsze. Cała ta scena zawiera pouczającą myśl. Jeśli masz jakieś wątpliwości, to idź do Chrystusa, tam znajdziesz odpowiedź. Rozczytaj się w Piśmie świętym, uklęknij do modlitwy, a wtedy spotkasz Chrystusa. A on, tak jak Janowi może nie odpowie wprost, ale skieruje naszą uwagę na Biblię i swoje czyny, które potwierdzają nadejście Mesjasza i jego Królestwa: „niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia, głusi słyszą, umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię” (z książki Bóg na drogach naszej codzienności). PATRZCIE NA CUDA I WIERZCIE Trzeciego lipca 1949 roku, w niedzielę po sumie, w lubelskiej katedrze szarytka, siostra Barbara zauważyła na obrazie Matki Bożej Częstochowskiej łzę spływającą z prawego oka. Wydawało się jej, że twarz Matki Bożej jakby ożyła. Zaintrygowana tym dziwnym zjawiskiem przywołała kościelnego. Następnie przyszli księża pracujący w tej parafii. Wszyscy byli poruszeni tym co widzieli. Wieść o tym wydarzeniu rozniosła się lotem błyskawicy po Lublinie i jego okolicach. Do katedry ciągnęły tłumy wiernych. Wszyscy byli przekonani, że jest to cud, znak obecności Matki Bożej wśród swojego ludu, prześladowanego przez komunistyczną władzę. Wkrótce do katedry zaczęli przybywać pielgrzymi z całej Polski. Dużą rolę w nagłośnieniu cudu odegrali kolejarze, którzy jeżdżąc po całej Polsce opowiadali o płaczącej Matce Bożej. Wkrótce cała Polski jak i zagranica wiedziała o cudzie. Przed katedrą ustawiały się długie kolejki wiernych, którzy trwali dzień i noc, aby stanąć choć na chwilę przed obliczem płaczącej Jasnogórskiej Pani. Pielgrzymi przybywali pociągami i autobusami. Tak ogromnych rzesz wiernych Lublin jeszcze nie widział. To powszechne poruszenie zmobilizowało komunistyczną władzę, która na różne sposoby starała się zdyskredytować cud. W mediach głoszono, że to wymysł księży, którzy w ten sposób walczą z władzą ludową. Aresztowano wikariuszy, służbę kościelną a także wielu pielgrzymów. Organizowano masówki w zakładach pracy, na których starano się wyśmiać tych, którzy wierzyli w ten cud. Jedna z pań opowiadała, że w jej firmie zwołano zebranie organizacji partyjnej. Na pytanie sekretarza partii, kto z zebranych uważa wydarzenie w katedrze za cud, wszyscy podnieśli ręce do góry. Stosowano różnego rodzaju formy zastraszenia. Utrudniano dotarcie do katedry. Nie sprzedawano biletów kolejowych do Lublina. Wierni kupowali wtedy bilety do stacji podlubelskich i stamtąd pieszo zdążali do katedry. Cud zaczął oddziaływać na wiernych. Wielu członków partii oddało legitymacje partyjne. Ludzie się nawracali. Księża całymi godzinami siedzieli w konfesjonałach. Oprócz tych uzdrowień duchowych były również uzdrowienia fizyczne. W 1988 roku Jan Paweł II uznał trwałość kultu i zezwolił na koronację obrazu. Do dzisiaj pielgrzymi przybywają tu i doznają cudownych łask. Obecny proboszcz parafii katedralnej ks. Adam Lewandowski mówi o uzdrowieniu kilkuletniego dziecka, które miało guza mózgu. Proboszcz zapytał matkę dziecka, jak się modliła, na co ona odpowiedziała: „Och, proszę księdza, prawie w ogóle się nie modliłam. Po prostu płakałam. Powiedziałam: Matko Boża, ty też miałaś syna, pozwól więc i mnie choć trochę swojego podchować”. Żadne kazania, żadna uroczystość religijna nie zgromadziła w katedrze lubelskiej tak ogromnych rzesz wiernych jak ten cud. Cud ma szczególną moc przekonania. Zapewne dlatego Chrystus swoje nauczanie tak często potwierdzał cudami. Słyszymy o tym także w Ewangelii czytanej w trzecią niedzielę adwentu. Jan Chrzciciel pierwszy rozpoznał w Jezusie Mesjasza i wskazując na Niego zaświadczył słowami: „Oto Baranek Boży”. Za niezłomne głoszenie prawdy bożej i wytykanie grzechów, Jan został uwięziony przez króla Heroda. W tym trudnym, więziennym czasie Jan potrzebował upewnienia w wierze, dlatego posłał do Jezusa swoich uczniów z zapytaniem: „Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać?” Jezus nie dał odpowiedzi wprost: tak lub nie. Jego odpowiedź, to coś więcej niż słowa, to rzeczywistość, która w przekonywujący sposób wskazuje na Boga i Mesjasza. Jezus polecił uczniom Jana zanieść taką odpowiedź: „Niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci zostają oczyszczeni, głusi słyszą, umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię”. Jezus dokonuje cudów, jakich żaden człowiek uczynić nie może. A zatem czyny Jezusa wskazują na Niego jako Boga. Mówią także, że jest Mesjaszem. Prorok Izajasz tymi słowami zapowiadał przyjście Mesjasza i nadejście czasów mesjańskich: „On sam przychodzi, aby was zbawić. Wtedy przejrzą oczy niewidomych i uszy głuchych się otworzą. Wtedy chromy wyskoczy jak jeleń i język niemych wesoło krzyknie. I odkupieni przez Pana powrócą”. To wszystko zaczęło się dziać wraz z przyjściem Jezusa. A zatem nastały już czasy mesjańskie a Jezus jest zapowiadanym Mesjaszem. Oczywiście te zewnętrzne, zadziwiające zjawiska są obrazem rzeczywistości wewnętrznej, duchowej, gdzie dokonuje się uzdrowienie i zbawienie człowieka. Mimo tak przekonywujących argumentów nie wszyscy uwierzyli Chrystusowi i nie wszyscy wierzą dziś. Dlaczego tak się dzieje? Jedną z odpowiedzi może być poniższa historia. Hiszpański podróżnik i badacz, Ferdynand Magellan pierwszy odbył podróż dookoła kuli ziemskiej. W roku 1520 jego wyprawa dotarła do archipelagu w Południowej Ameryce, któremu nadali nazwę Ziemia Ognista. Tak nazwano to miejsce ze względu na olbrzymie ogniska, które zostały rozpalone na brzegu morza przez tubylców. Odkrywcy byli zaskoczeni reakcją Indian na podpływające do brzegu olbrzymie żaglowce, na które tubylcy nie zwracali najmniejszej uwagi. Po prostu one dla nich nie istniały. Później okazało się, że rzeczywiście Indianie nie traktowali żaglowców, jako czegoś realnego. Nigdy w swoim życiu nie widzieli i nie słyszeli o istnieniu olbrzymich statków, dlatego ignorowali je i sądzili, że one w ogóle nie istnieją. Dla wielu ludzi prawda o Mesjaszu, o czasach mesjańskich, o cudach jest czymś tak nowym i egzotycznym, że nawet nie mogą sobie jej wyobrazić i przyjąć. W konsekwencji ignorują Mesjasza jako kogoś kto w ogóle nie istnieje. Traktują Mesjasza tak jak półdzicy Indianie traktowali żaglowce. Ignorują rzeczywistość nadprzyrodzoną, bo w ich głowach nie może się pomieścić myśl o istnieniu Boga i zbawieniu człowieka. Po prostu to dla nich nie istnieje. Gdy uwierzymy, że Jezus jest Mesjaszem, to potrzebujemy nieraz tak jak Jan Chrzciciel w więzieniu umocnienia w wierze. Doświadczamy nieraz trudnych dni, wszystko się wali, tracimy nadzieję a wiara nasza wystawiana jest na próbę. Co wtedy robić? Nic innego, tylko to co uczynił Jan Chrzciciel: zwrócić się do Jezusa. U Niego znajdziemy właściwą odpowiedź, On umocni nas w wierze i uczyni nas zdolnymi do dawania świadectwa wiary jak to czynił Jan Chrzciciel. Św. Jakub w swoim liście przypomina nam, że w tym czekaniu na odpowiedź winniśmy się uzbroić w cierpliwość i być wytrwałym: „Trwajcie cierpliwie, bracia, aż do przyjścia Pana. Oto rolnik czeka wytrwale na cenny plon ziemi, dopóki nie spadnie deszcz wczesny i późny. Tak i wy bądźcie cierpliwi i umacniajcie serca wasze, bo przyjście Pana jest już bliskie”. O tej bliskości przypomina nam trzecia niedziela adwentu zwana „Gaudete” (radujcie się), różowy kolor szat, który ukazuje jakby więcej światła i zapalona trzecia świeca adwentowa, która przypomina, że w miarę zbliżania się spotkania z Chrystusem winno przybywać w naszej duszy światła, które kiedyś stanie się dla nas światłością wiekuistą. (z książki W poszukiwaniu mądrości życia). NIEDOWIARKU PATRZ NA CUDA Gdybyśmy usłuchali wezwania św. Jakuba „trwajcie cierpliwie”, wiele spraw potoczyłoby się inaczej w naszym życiu. Antoine Marie de Saint-Exupéry powiedział: „Nigdy nie trać cierpliwości- to ostatni klucz, który otwiera drzwi”. Wiele dzieł naszego życia nie doprowadziliśmy do szczęśliwego końca, bo zabrakło nam cierpliwości, która otworzyłby nam ostatnie drzwi do upragnionego celu. Z braku cierpliwości można utracić przyjaźń, miłość. Pisarz angielski Surrey Henry Howard mówi: „Cierpliwość jest cnotą, nie naiwnością wtedy, gdy warto czekać na coś lub na kogoś”. Zapewne każdy z nas, żyjących w Nowym Jorku spotkał się z sytuacją, kiedy to małżonkowie decydowali się na czasową rozłąkę- jedno z nich wyjeżdżało do Ameryki, a drugie zostawało w Polsce. Jedni cierpliwie czekali dnia, kiedy oboje znowu się spotkają w Ameryce. Ta cierpliwość owocowała radością spotkania na nowej ziemi. Innym tej cierpliwości zabrakło i pozostał często zawód życiowy i łzy bólu. Święty Jakub, pisząc o cierpliwości odwołuje się do obrazu pracy rolnika. Rolnik powinien zrobić, co do niego należy. Zaorać ziemię, wynawozić, przygotować ją do zasiewu i zasiać zboże. Nie od niego zależy intensywność promieni słońca, ożywiająca moc spadających kropel deszczu, nie od niego zależy mróz, czy grad. On ma wykonać swoja pracę i cierpliwie czekać na zielone kiełki wychylające się z ziemi, dorodne złote kłosy chwiejące się na wietrze. Tego się nie da przyspieszyć, nawet gdyby zabrakło pożywienia i doskwierał nam głód, co często zdarzało się w dawnych czasach. Cierpliwość wynagradza czekanie pachnącym bochenkiem pysznego chleba, który pamiętam, jak moja mama wyciągał go z tak zwanego chlebowego pieca. Kroiliśmy grube pajdy i smarowaliśmy masłem zawiniętym w liść chrzanowy. Tej kromki chleba nie oddałbym za wszystkie przysmaki świata. Tak mają się rzeczy również w innych sprawach. Warto, jak mówi pisarz cierpliwie czekać na coś lub na kogoś, a gdy przez cierpliwość doczekamy spełnienia, wtedy tego co otrzymaliśmy nie oddalibyśmy za żadne skarby świata. Adwent przypomina nam o czekaniu na kogoś najważniejszego, czekaniu na Chrystusa. Święty Jakub pisze, że przyjście Pana jest już bliskie. Wiem, co to znaczy dla mnie. Bochen chleba, który mama wyciągała z pieca, to jakby wczoraj, a zatem przyjście Pana, spotkanie z Nim może być jak jutro. Dlatego warto słuchać św. Jakuba, który mówi: „Bądźcie cierpliwi i umacniajcie serca wasze”. Umacniajcie serca wasze miłością i dobrem, pięknem i pokojem, sprawiedliwością i prawdą. Te wartości najpełniej odnajdujemy w Bogu, a zatem umacniajcie się Bogiem. A wtedy, gdy przyjdzie czas, unikniemy potępiającego sądu i spotkamy Tego, dla którego warto było cierpliwie czekać całe życie. Doświadczymy rzeczywistości spotkania z Mesjaszem, którą prorok w sposób obrazowy tak opisuje: „Wtedy przejrzą oczy niewidomych i uszy głuchych się otworzą. Wtedy chromy wyskoczy jak jeleń i język niemych wesoło krzyknie. I odkupieni przez Pana powrócą. Przybędą na Syjon z radosnym śpiewem, ze szczęściem wiecznym na twarzach. Osiągną radość i szczęście, ustąpi smutek i wzdychanie”. Naród Wybrany oczekiwał długie lata na Mesjasza. Prorocy zapowiadali jego przyjście i cierpliwie czekali na spełnienie obietnicy. Św. Jakub pisze: „Za przykład wytrwałości i cierpliwości weźcie, bracia, proroków, którzy przemawiali w imię Pańskie”. Ewangelia na dzisiejszą niedzielę mówi o spełnieniu proroctw o Mesjaszu, który narodził się w Betlejem. Jan Chrzciciel zapowiadał Jego przyjście. Kiedy wytknął Herodowi grzech, został wtrącony do więzienia i stamtąd wysłał do Jezusa swoich uczniów z zapytaniem: „Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać?”. Jezus, nawiązując do proroctwa Izajasza odpowiedział: „Idźcie i oznajmijcie Janowi to, co słyszycie i na co patrzycie: niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia, głusi słyszą, umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię. A błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi”. A zatem Jezus jest Mesjaszem, bo spełniają się proroctwa Starego Testamentu, które potwierdzane są cudami. Cuda zawsze są znakiem z nieba. Każdy z nas chciałby być świadkiem cudu, a jeszcze lepiej doświadczyć jego mocy w osobistym życiu. Czasami towarzyszy nam pewna niecierpliwość w szukaniu cudu, który by umocnił nas w wierze. Szukając cudu, wyruszamy nieraz w dalekie podróże do miejsc rzekomych objawień, jedziemy na spotkanie ludzi, o których mówi się, że mają moc uzdrawiania. Tu warto zacytować słowa Chrystusa: „Jeżeli znaków i cudów nie zobaczycie, nie uwierzycie”. Pragnienie doświadczenia cudu nie jest czymś złym, ale lepiej, jak ten rolnik zrobić co do nas należy, tzn. cierpliwie orać rolę bożą, siać ziarno słowa bożego i cierpliwie czekać na łaskę z nieba, która może się objawić nawet jako cud. Łaski nieba w formie cudów spływają ciągle na ziemię. Bardzo często za pośrednictwem świętych. Jednym z nich jest niezwykle popularny w ostatnim czasie, wielki cudotwórca, libański święty Charbel Makhlouf. W wieku 23 lat wstąpił do nowicjatu maronickiego klasztoru, gdzie w 1853 r. złożył pierwsze śluby zakonne. W swoim monastycznym życiu zrezygnował ze wszystkiego, co mogłoby przeszkodzić mu w jedności z Chrystusem, nieustannej modlitwie, pracy i milczeniu. Zmarł 16 grudnia 1898 roku w swojej pustelni. Przez 45 dni od pogrzebu z jego grobu promieniowało tajemnicze światło, które było widoczne w całej okolicy. Po otwarciu grobu okazało się, że ciało Pustelnika pozostało nietknięte zepsuciem, ponadto wypływał z niego aromatyczny olej o uzdrawiających właściwościach. Eksperci i naukowcy nie byli w stanie wyjaśnić pochodzenia tych dziwnych zjawisk. W roku 1950, a następnie w 1952 ponownie otwarto jego grób i stwierdzono, że ciało świętego wyglądało jak żywe. W roku 1965 r. papież Paweł VI beatyfikował ojca Charbela, a 1977 r. kanonizował. Od tamtej pory tłumy pielgrzymów przybywają do grobu Świętego Pustelnika, gdzie wielu z nich doznało i ciągle doznaje cudownych uzdrowień duszy i ciała. Ósmego maja 1950 r., w dniu urodzin Świętego Pustelnika, czterech misjonarzy maronickich przybyło z pielgrzymką do jego grobu. Po modlitwie zrobili grupowe zdjęcie razem ze strażnikiem pilnującym miejsca spoczynku o. Charbela. Po wywołaniu kliszy okazało się, że na zdjęciu obok misjonarzy znajduje się postać tajemniczego mnicha z białą brodą i kapturem na głowie. Eksperci wykluczyli fotomontaż. Tajemniczą postacią na fotografii był św. Charbel. Podobizna z tej fotografii była użyta podczas kanonizacyjnej. Do Grobu Świętego Pustelnika przybywają ogromne rzesze pielgrzymów i doznają tu wielu cudów, zarówno duchowych jak i fizycznych. Można przytoczyć tysiące udokumentowanych i sprawdzonych cudów dokonanych za wstawiennictwem św. Charbela. Jednym z nich jest cud, który miał miejsce wiosną 2004 r. Bernadette Marie Helenę Vernamat, mieszkająca w Orange, wybrała się na pielgrzymkę do grobu św. Charbela w Libanie. Chorowała na złośliwego raka piersi i żołądka. Po spowiedzi i Komunii św. odmówiła cały różaniec przy grobie św. Charbela. Badania, które zrobiła po powrocie do domu, wykazały całkowite uzdrowienie. A zatem patrzmy na cuda i wierzmy, że Mesjasz się narodził i jest wśród nas (Kurier Plus, 2014). ODNALEŹĆ RADOŚC SERCA Są legendy, bajki, opowieści, do których wracamy nawet wieku dorosłym, odnajdując w nich za każdym razem nowe przesłanie. Prawie każda bajka zawiera bardzo ważną mądrość życiową przekazaną w literackiej formie bajki. Za każdym razem odczytujemy ją inaczej, bo odbieramy ją przez pryzmat naszych doświadczeń życiowych, których z latami nam przybywa. Z pewnością należy do nich „Opowieść Wigilijna” Charlesa Dickensa. Jest to jedna z najpiękniejszych opowieści pisanych w blaskach zbliżających się świąt Bożego Narodzenia. Przypomnijmy ją sobie w trzecią Niedzielą Adwentu zwaną Gaudete, czyli niedzielą radości. „Opowieść wigilijna” kończy się ogromną radością odnalezionej w blaskach stajenki betlejemskiej. Ta radość rodziła się w trudzie poznawania błędów przeszłości, wyciągania z nich nauki i przemiany życia. Z tego też powodu można ją nazwać opowieścią adwentową, bo właśnie w tym czasie przygotowujemy się na różne sposoby do radosnego spotkania z Chrystusem w dzień Bożego Narodzenia, jak i też w czasie ostatecznym. Opowiadanie Dickensa okazuje wigilijną przemianę skąpca Ebenezera Scrooge’a. Był on nieżyczliwym samotnikiem, dla którego najważniejsze było pomnażanie majątku. W wigilijny wieczór przyszedł do niego siostrzeniec Fred, aby zaprosić go na święta. Nie tylko nie przyjął zaproszenia, ale go wyśmiał, że wierzy w takie głupstwa, nieużyteczne w pomnażaniu pieniędzy. Wyszydził mężczyzn, zbierających pieniądze na cele charytatywne. Przepędził także kolędujące dzieci. Bardzo źle potraktował swojego pracownika Boba. Po powrocie do domu, w czasie spożywania owsianki ukazał się mu duch Jakuba Marleya, zmarłego partnera w interesach. Ciągnął on za sobą ciężki łańcuch win, który wykuwał w swoim życiu obojętnością wobec potrzebujących i nieuczciwością w interesach. Chciał on uchronić Scrooge’a przed podobnym losem. Jednak Ebenezer pozostał obojętny na jego słowa. Jakub zapowiada wizyty kolejnych duchów: Ducha Wigilijnej Przeszłości, Ducha Wigilijnej Teraźniejszości i Ducha Wigilijnej Przyszłości. Kolejno pojawiają się oni, zabierając Scrooge’a w niezwykłą podróż. Duch Wigilijnej Przeszłości ukazał mu jego trudne dzieciństwo, ale także radość spotkania z kochającą siostrą, która odwiedziła go w szkole. Zobaczył siebie w kantorze Fezwigga, gdzie z beztroską radością obchodził święta Bożego Narodzenia. To były cudowne chwile. Następnie Duch Przeszłości ukazał mu rozstanie z narzeczoną. To była cudowna, piękna miłość. Z narzeczoną był naprawdę szczęśliwy. Aż przyszedł moment, kiedy to gromadzenie majątku stało się dla niego najważniejsze. Piękna miłość i szczęście przegrały z żądzą posiadania. Narzeczona odeszła, a on został ze swoim majątkiem, pochylony nad księgami rachunkowymi. Następnie pojawił się Duch Wigilijnej Teraźniejszości, który poprowadził Scrooge’a świątecznymi ulicami miasta. Ukazał mu pełne życzliwości i miłości święta w rodzinie Boba, swojego pracownika. Były one ubogie z powodu skąpstwa Ebenezera, ale pełne radości i rodzinnego ciepła. Zobaczył ubogie górnicze rodziny oraz marynarzy na morzu, którzy w utrudzenia życia odnajdywali świąteczną radość. Duch zabrał go także do domu siostrzeńca Freda, gdzie zobaczył rodzinę i przyjaciół, którzy byli szczęśliwi, cieszyli się sobą i świętami. Jednak największą rolę w przemianie Ebenezera odegrał milczący Duch Przyszłych Wigilii. Razem minęli kupców, którzy beznamiętnie, z pewną dozą szyderstwa rozmawiali o czyjeś śmierci. W najbiedniejszej części miasta weszli do mieszkania pasera imieniem Joe, który od służącej, praczki i karawaniarza kupował rzeczy skradzione zmarłemu. Sprzedający niepochlebnie wyrażali się o zmarłym. Jedynie dłużnicy zmarłego nie kryli swojej radości. Duch i Scrooge’a ponownie odwiedził rodzinę Boba, która opłakiwała śmierć małego Tima, na leczenie którego nie mieli pieniędzy. Zobaczył także na marach zmarłego. Nie miał jednak odwagi zobaczyć kto to jest tym zmarłym. Zobaczył kondukt pogrzebowy. Za trumną szedł tylko jego siostrzeniec. Na koniec ujrzał pomnik, na którym wypisane było jego nazwisko. Przerażony pyta Ducha Wigilijnej Przyszłości czy może się to zmienić. Wobec jego milczenia obiecuje, że zmieni swoje życie. Będzie kochał i szanował ludzi, swoją rodzinę. W świąteczny poranek Scrooge był już całkiem innym człowiekiem. Napotkanemu chłopcu kazał kupić największego indyka jaki jest w sklepie i zanieść go do swojego pracownika Boba. Po drodze dał trochę pieniędzy dla ubogich i kupił dużo prezentów dla dzieci Boba. Następnie udał się do domu swego siostrzeńca, gdzie ze łzami radości witał się z nimi. Następnego dnia podwyższył swemu pracownikowi pensję i zaczął opłacać leczenie Timiego. Święta stały się dla niego cudownym czasem radości i miłości. Zaczął wierzyć i obchodzić Boże Narodzenie. Patrząc przez pryzmat czytań mszalnych dzisiejszej niedzieli możemy powiedzieć, że Ebenezer Scrooge został przeniesiony na „pustynię” swojego serca, gdzie trzy Duchy otwierały mu oczy na miłość, którą wzgardził, stawiając ponad nią dobra materialne. Na miłosierdzie, którego odmawiał potrzebującym. Na dobrą wolę, której zabrakło w jego życiu. Na Boga, którego uważał za wymysł ludzi biednych i nieudaczników. Okres adwentu wzywa nas na „pustynię” naszych serc, abyśmy ujrzeli jak Scrooge co jest najważniejsze w naszym życiu. Dali się poprowadzić Duchowi Wigilijnemu, który nam ukaże błędy naszej przeszłości. Dali się poprowadzić Duchowi, który ukaże nam do czego prowadzi nas droga bez miłości. I na końcu dali się ogarnąć Duchowi Wigilijnej Teraźniejszości, który otworzy nasze oczy i serca na przyjęcie światła najdoskonalszej miłości, która przyszła na świat w stajni betlejemskiej i przebrała kształt Dzieciątka Jezus. To światło jest w stanie rozproszyć każdą ciemność naszego życia i wypełnić najcudowniejszą radością, która wyśpiewywali aniołowie na betlejemskim niebie. Nie musimy pytać Jezusa jak Jan Chrzciciel: „Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać?” Znamy odpowiedź, która ma moc słowa i czynu: „Idźcie i oznajmijcie Janowi to, co słyszycie i na co patrzycie: niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci zostają oczyszczeni, głusi słyszą, umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię. A błogosławiony jest ten, kto nie zwątpi we Mnie”. Moc tych słów przejawia się także w wypełnieniu w Chrystusie starotestamentalnego proroctwa mesjańskiego Izajasza: „Wtedy przejrzą oczy niewidomych i uszy głuchych się otworzą. Wtedy chromy wyskoczy jak jeleń i język niemych wesoło wykrzyknie”. Prorok Izajasz w sposób poetycki mówi o radości, która ogarnie człowieka, gdy ten wyjdzie na „pustynię” swego serca, aby spotkać przychodzącego Mesjasza: „Wtedy przejrzą oczy niewidomych i uszy głuchych się otworzą. Wtedy chromy wyskoczy jak jeleń i język niemych wesoło wykrzyknie”. Św. Jan Paweł II mówi o radości przygotowania na spotkanie Chrystusa: „W liturgii adwentowej nieustannie rozbrzmiewają wezwania do radosnego oczekiwania Mesjasza; pomaga nam ona zrozumieć w pełni wartość i znaczenie tajemnicy Bożego Narodzenia. Adwent jest więc, by tak powiedzieć, intensywnym przygotowaniem do przyjęcia w sposób zdecydowany Tego, który już przyszedł, który przyjdzie i który nieustannie przychodzi” (Kurier Plus, 2019).
Pamiętam pobyt w Nepalu w 2011 roku i najpiękniejsze miejsce tego kraju, do którego dotarłem. Był nim wtedy szlak wokół ośmiotysięcznika Dhaulagiri, trudna i rzadko uczęszczana trasa przez odludne doliny Himalajów. Gdy po trzech dniach marszu opuściliśmy ostatnią wieś wydawało nam się, że zanurzamy się już w pustkowiu. Ku naszemu zdziwieniu kilkanaście kilometrów za ostatnim osiedlem przywitał nas biwak w lesie, pełen torebek po zupkach chińskich oraz papieru toaletowego. Dzień później dotarliśmy na lodowiec do tzw. Bazy Japońskiej. Tuż przed nią przywitała nas kupa śmieci pozostawionych przez wyprawy i grupy trekingowe – i już wiedzieliśmy że to tu. Zbyt często zdarza się, że odwiedzając i biwakując w jakimś miejscu wyrządzamy w nim szkody swoją obecnością. Nawet sprzątając po sobie, unikając palenia ognia itp. dokonujemy w krajobrazie zmian, które przetrwają dłużej, niż nasza obecność w tym miejscu. Odpowiedzią na zwiększający się ruch na szlakach oraz ilość ludzi biwakujących na łonie natury, powstał ruch „Leave No Trace”, propagujący 7 zasad, które minimalizują nasze oddziaływanie na przyrodę. Można je streścić w zdaniu „zostaw miejsce takim, jakim zastałeś”. Zasady te pozostają niezmienne od lat, choć zmieniają się nieznacznie, w miarę, jak powiększa się nasza wiedza na temat oddziaływania człowiek-przyroda. Zła wiadomość to ta, że bardzo wiele miejsc zostało zniszczonych, zaśmieconych i zadeptanych przez odwiedzających. Dobra to ta, że wystarczy niewielkie staranie, by ogromnie zmniejszyć nasze oddziaływanie podczas marszu lub biwaku. W tym artykule omawiam narzędzia i umiejętności potrzebne, by wprowadzić „Leave No Trace” w życie. Są one rozwinięciem wspomnianych 7 zasad i dla zachowania przejrzystości rozwinąłem tę listę do 10 punktów. Weź je pod uwagę ruszając na najbliższy szlak. 1. Planowanie wędrówki „leave no trace” Dobre planowanie sprawi, że Twoja wędrówka stanie się lżejsza (rozsądniej dobierzesz sprzęt), ale i przyjaźniejsza przyrodzie. Dobry wybór jedzenia i spakowanie go w trwałe opakowania zmniejszy ilość śmieci, jakie wytworzysz. Brak rozpoznania źródeł wody może skończyć się kupowaniem jej w plastikowych butelkach. Prawidłowe rozpoznanie trasy pomoże oszacować ile paliwa potrzebujesz, a to zmniejszy szansę, że gdzieś w górach brak paliwa zmusi Cię do łamania na chybił-trafił gałęzi na ognisko. Jest to kluczowe zwłaszcza tam, gdzie szata roślinna jest uboga i odbudowuje się wolno. Przykładem złego planowania był nocleg mojej grupy w ukraińskiej Czarnohorze w 2010 r. Podczas wędrówki często schodziliśmy w doliny i gotowaliśmy na ogniskach. Tam jednak noc zastała nas na głównym grzbiecie. Jedynym paliwem w okolicy była kosodrzewina, a 15 głodnych osób czekało na posiłek. W efekcie uszkodziliśmy okoliczne drzewa, a na ziemi zostawiliśmy czarny krąg, który nie zniknął pewnie przez lata. Moglibyśmy tego uniknąć lepiej rozpoznając teren. Wyjeżdżając w jakiś obszar znaj zasady wędrowania i nocowania. Niektóre z nich mogą Cie ograniczać. Przykładem są Pireneje, gdzie dzikie biwakowanie jest dozwolone z dala od cywilizacji (powyżej 2 000 metrów i ponad 2h od drogi). 2. Marsz Przemieszczając się na szlaku lub ścieżce unikaj zadeptywania terenu. Jeśli ilość osób przechodząca przez jakiś obszar przekracza jego zdolność regeneracji, następuje ogołocenie z roślin i odsłonięcie nagiej gleby. To z kolei jest przyczyną erozji, czyli wymywania i roznoszenia przez wiatr odsłoniętej ziemi. Efekty tego są widoczne na ścieżkach prowadzących na popularne szczyty. W niektórych miejscach kanalizuje się ruch turystów, budując drewniane kładki, ogradzając pobocza ścieżek lub tworząc schody z drewna lub kamieni. Te ostatnie są wybitnie nielubiane przez wędrujących, gdyż zaburzają estetykę krajobrazu i dają poczucie, że idziemy sztuczną „autostradą”. Niestety, w miejscach gdzie przechodzący doprowadzili do erozji gleby, bywają jedynym rozwiązaniem. Przykładem jest bieszczadzka Tarnica: Wejście na Tarnicę, Biieszczady lub kładki nad terenami podmokłymi: Kładka nad mokradłami Taki „korytarz” jest mniejszym złem. Prowadzi wędrujących sprawiając, że nie idą oni wieloma równoległymi ścieżkami, zajmującymi często dziesiątki metrów zbocza. Kiedy tylko możesz chodź już wydeptanymi ścieżkami. Tam gdzie są, nie rób skrótów i nie wydeptuj roślinności, by zaoszczędzić kilka sekund. Na błotnistym odcinku idź prosto, zamiast omijać go bokiem. Możliwe, że inni pójdą za Tobą, a w miejscu gdzie przejdziecie roślinność zniknie. Woda, spływająca podczas deszczu w takim miejscu, zapoczątkuje erozję. Jeśli znajdujesz się poza szlakiem, staraj się iść jak najwięcej po twardej nawierzchni: skale, kamieniach, żwirze, piasku. Jeśli idziesz łąką, wybieraj trawy dorodne lub suche, które wytrzymają chwilowe zdeptanie. Idealny do wędrówki jest śnieg, o ile oczywiście marsz nim jest bezpieczny. Zdecydowanie unikaj miejsc wrażliwych: delikatnej roślinności czy podmokłych łąk, na których łatwo zostawisz ślady. Pamiętaj, że zachęca one kolejne osoby do pójścia Twoim tropem. Środowiskiem szczególnie wrażliwym jest gleba w regionach pustynnych i arktycznych. Bardzo uboga w drobne organizmy, jakie w niej żyją, powstaje dziesiątkami lat. Przejście lub przejechanie po niej odciska ślady niemożliwe do naprawienia. Takie blizny goją się nieraz dłużej, niż żyje człowiek, który je pozostawił. Przykładem są te koleiny, zostawiane przez off-roadowców w interiorze Islandii: Takie koleiny w delikatnym, arktycznym gruncie znikną za około… 100 lat. Idąc bez ścieżki w grupie rozproszcie się, tak by każda osoba szła osobno. Sprawi to, że każde miejsce zostanie naruszone tylko raz, a nie przez całą Waszą kolumnę. Na ścieżce natomiast idźcie razem. Gdy jest ona wąska, idźcie jedno za drugim. Jeśli chcesz wędrować w duchu „Leave No Trace”, drobną przewagę da Ci marsz na lekko. Jeśli w miejsce ciężkich butów górskich wybierzesz lekkie trailowe, o płytkim bieżniku i miękkiej podeszwie, zmniejszysz oddziaływanie na podłoże. Podobnie stanie się, gdy zamiast 20 kilo spakujesz do plecaka 8. Lekkie buty o płytkim bieżniku znacznie mniej niszczą nawierzchnię. 3. Biwakowanie „leave no trace” Jeśli Twój pobyt w terenie ma minimalnie oddziaływać na otoczenie, właściwy biwak będzie kluczowy. Miejsce pod namiot powinno być wybrane tak, by nie naruszyło roślinności i nie zniszczyło gleby, ale także aby nie zakłóciło życia okolicznych zwierząt i nie psuło przyjemności z wędrowania i biwakowania innych, korzystających ze szlaku. Jeszcze przed wyznaczeniem miejsca na noc zastanów się: jak duża jest Twoja grupa? I jak bardzo może oddziaływać na otoczenie? Tam, gdzie miejsca na biwak istnieją i są stale używane, a nawet przygotowane, biwak przyjazny przyrodzie oznacza zabranie swoich śmieci i nie zostawianie trwałych śladów obecności. Jeśli w jakimś miejscu nie ma widocznego paleniska – nie zakładaj nowego. Owszem, wspólne siedzenie przy ogniu wieczorem daje masę frajdy, jednak zbyt wiele miejsc w górach upstrzonych jest, zazwyczaj kilkoma, wypalonymi dziurami w ziemi. Jeśli widzisz wyraźny ślad po ognisku, skorzystaj właśnie z niego. W miejscach uczęszczanych korzystaj z wydeptanych przestrzeni do rozbijania namiotu, budowy kuchni czy przemieszczania się. Takie wielkie palenisko pośrodku łąki będzie raniło oczy przez wiele miesięcy. Stanie się też zachętą dla innych, by zrobić to samo. Lepszym typem paleniska jest ogień zamknięty np. w takiej stalowej obudowie. Jest ono również bezpieczniejsze. Jeśli masz taką możliwość, korzystaj z wiat, deszczochronów i szałasów zamiast namiotu. Nie tylko są wygodniejsze, spanie w nich zostawi mniej śladów w otoczeniu. Nie okopuj namiotu. Ten zwyczaj powstał w czasach, gdy podłogi namiotowe były bawełniane, a więc łatwo chłonęły wodę. W nowoczesnym, dobrym namiocie możesz spać spokojnie nawet w kałuży. Zamiast kopania rowu wokół siebie, wybierz raczej miejsce płaskie lub minimalnie wzniesione, nie w zagłębieniu. To wystarczy. Nie wycinaj także drzew lub krzewów. Dobre miejsce do spania to takie, które zastajesz gotowe. Biwakuj z dala od źródła wody, minimum 50 metrów od rzeki czy strumienia. Nie chodzi tylko o możliwość jej skażenia, ale też o pozostawienie przestrzeni zwierzętom przychodzącym napić się w nocy. Podobnie z toaletą: powinna być zlokalizowana 50-100 metrów od wody i tyle samo od namiotu. Biwakuj też możliwie z dala od szlaku, by widok namiotów nie zakłócał innym kontaktu z otoczeniem (Brzmi dziwnie? Dla mnie to całkiem ważne). Nie rozbijaj się też na widocznych ścieżkach zwierząt. Jeśli wędrujesz w dziczy i w okolicy brak uczęszczanych biwaków, miejsce na noc wybierz ostrożnie. Nie tylko nie rozbijaj się w zagłębieniu lub na tropach zwierząt. Podobnie jak z marszem – staraj się rozstawić namiot na twardej powierzchni z minimalną ilością roślin. Lita skała jest świetna, gdy masz dobrą matę i używasz płachty biwakowej, choć może nie pozwolić na rozbicie namiotu, który wymaga szpilek i odciągów. Piasek, żwir czy ubita ziemia są idealne pod namiot. Jeśli widzisz miejsce, gdzie niedawno ktoś spał, zostaw je i pozwól roślinności się zregenerować. Trzymaj dystans od wody tak, jak na przygotowanym biwaku. Jeśli zatrzymujesz się w dziewiczym miejscu na kilka dni, zmieniaj położenie namiotu tak, by nie „ubijać” tego samego fragmentu poszycia przez więcej niż 1 noc. Biwak na alpejskiej łące przez 1 noc będzie w porządku. Biwakując dłużej zmieniaj nieznacznie miejsce, by chronić roślinność. Alpy Szwajcarskie, Haute Route. Zwijając biwak w dzikim miejscu zatrzyj swoje ślady lub przykryj je liśćmi. Jeśli zebraliście stos drewna na ognisko, rozrzuć je nieopodal. Jeśli usuwaliście kamienie – połóżcie je na miejsce. Dzięki temu zabiegowi lokalizacja, którą opuszczasz, będzie mniej oczywiste dla innych i ma mniejszą szansę zamienić się w trwały biwak (a być może i śmietnik). Nie zbieraj konarów i nie buduj z nich ławek, siedzeń czy umocnień wokół namiotu. Jeśli oczyszczasz teren, by rozłożyć na nim namiot, odchodząc połóż gałęzie i kamienie na to samo miejsce. Znakomitą opcją biwakowania „Leave No Trace” jest biwak w powietrzu. Hamak w połączeniu z tarpem wymagają do rozłożenia jedynie 2 drzew i działają także tam, gdzie rozłożenie namiotu byłoby niewykonalne z powodu skał, konarów czy spadku terenu. W przypadku hamaka zwróć uwagę, czy pasy mocujące go do drzewa są dostatecznie miękkie i szerokie, by nie pozostawiać śladów na korze. 4. Śmieci Śmieci w górach i lasach to nasza najczęstsza pozostałość. Wygląda na to, że dla wielu z nas wniesienie pełnej butelki nie jest problemem, ale zniesienie pustej staje się ponad siły. Czasem jednak obecność śmieci bierze się z niewiedzy i złego systemu ich zbierania. Taką pułapką jest oglądany przez mnie od kilku sezonów system zbierania odpadków w bazie pod Kazbekiem. W bazowej kuchni wiszą worki, do których wrzucać można opakowania i inne resztki. Wiele osób właśnie do nich wrzuca to, co zbędne, wierząc pewnie, że opiekunowie bazy wysyłają te worki w dolinę. Nic bardziej błędnego. Worki w kuchni są co pewien czas zabierane i wynoszone 50 metrów dalej, na dzikie wysypisko. Tam słońce i wiatr niszczą pakunki i roznoszą po okolicy drobny plastik, który widziany z góry stał się wielką białą plamą na tle bazy. W kwestii śmieci obowiązuje w zasadzie 1 reguła: „przyniosłeś – wynieś”. Jeśli zabierasz w góry jakiekolwiek opakowania, musisz znieść je do najbliższego miejsca zbiórki. Zbieraj wszystkie opakowania, zgniataj, pakuj do jednego worka i pozbywaj w schronisku czy miejscowości. Szczelna i mocna torba na śmieci to element, który zabieraj na każdą wędrówkę. Już na początku wycieczki zmniejszysz ilość dźwiganych opakowań, przesypując rzeczy sypkie do mocnych woreczków strunowych. Takie opakowania możesz wykorzystać wielokrotnie. Rozsądnie planuj zapasy wody, by unikać kupowania jej w butelkach. Używaj trwałego bidonu zamiast butelki PET. Zostawione na szlaku śmieci są nie tylko nieestetyczne. Torby foliowe, sznurki czy niedopałki są zabójcze dla zwierząt. Butelki bywają śmiertelną pułapką dla zwierząt – były dyrektor Tatrzańskiego ParkuNarodowego pokazał to kilka lat temu na poniższym zdjęciu: Ich fragmenty rozpadają się z czasem na mikroplastik, który znajdowany jest w każdym zakątku planety, także w naszych ciałach. Pranie odzieży syntetycznej przyczynia się do powstania mikroplastiku obecnego w rzekach i oceanach. Fragmenty wyrzuconych śmieci także rozpadają się na drobne cząsteczki, dość małe, by wiatr roznosił je w atmosferze. Trafiają one z powrotem do środowiska w deszczu i śniegu, i są znajdowane w każdym zakątku planety, nawet w wysokich górach i w Arktyce. Plastik rozpada się na fragmenty tak drobne, że często niemożliwe do wykrycia. W konsekwencji nikt nie wie ile jest go w atmosferze, wodzie i glebie – ani jak długo tam pozostanie. Warto więc ograniczyć jego używanie i nie pozostawiać żadnych tworzyw sztucznych w przyrodzie. A odpadki organiczne? Je także lepiej zabrać ze sobą. Wyrzucona w las skórka od banana czy pomarańczy będzie rozkładać się miesiącami, a zapach resztek jedzenia przyciągać będzie zwierzęta, które przyzwyczają się do traktowania biwaków jako łatwego źródła pożywienia. Pół biedy, gdy będą to gryzonie lub lisy, gorzej gdy w to miejsce zaczną zaglądać niedźwiedzie (problem typowy na wielu szlakach USA i Kanady). Pamiętaj, że im wyżej, tym wolniej przebiega rozkład takich pozostałości. W gęstym lesie na nizinach rzucony na ziemię ogryzek zniknie po kilkunastu dniach. W wysokich górach, pozbawionych roślinności i bardzo ubogich w życie, będzie on leżał cały rok. Jeśli rozpalasz ognisko odpadki organiczne, papierowe torebki po herbacie czy papier mogą do niego trafić, ale tylko wtedy, gdy spalisz je całkowicie. Nie pal tworzyw i nie wypalaj puszek. Ich pozostałości, wśród nich także substancje toksyczne, pozostaną w palenisku i zatruwać będą glebę oraz kolejnych gości. 5. Gotowanie i przechowywanie jedzenia Jeśli biwakujesz, nie zostawiaj jedzenia w obozowisku. Nie trzymaj go na wierzchu i nie zostawiaj resztek, które mógłby przywabić zwierzęta. Nie chodzi tylko o to, że możesz stracić kolację. Zbyt wiele niedźwiedzi zostało zabitych lub musiało zostać usuniętych z ich środowiska tylko dlatego, że przyzwyczailiśmy je do naszego jedzenia. Jeśli myślisz, że amerykański Miś Yogi był sprytny kradnąc kosze piknikowe, to jesteś o 30 lat do tyłu. Obecnie jego kuzyni z Yellowstone włamują się do samochodów. Inny przykład to oswojony jeleń znam Morskiego Oka, regularnie dokarmiany przez turystów i podchodzący do nich, który stracił naturalną obawę przed ludźmi. Jeśli gotowanie to oczywiście ognień. Sam czasem biwakuje w gronie znajomych, ciesząc się ciepłem ogniska, ale co do zasady gotuję na kuchence gazowej. Jeśli nocujesz w uczęszczanym miejscu, możesz skorzystać z istniejącego paleniska. Jednak zakładając nowe w miejscu, które dotychczas było nietknięte, psujesz walory miejsca, które dotychczas było pozbawione śladu człowieka. Wiele osób nie wie także jak dobrze palić ognisko, ładując do niego mnóstwo drewna i na koniec zostawiając kopiec na wpół zwęglonych szczap, rozkładających się latami. Jeśli palisz ogień, rób to tylko w już istniejących miejscach, dokładaj drewno małymi partiami i wypal je całkowicie tak, aż zostanie tylko biały lotny popiół, który łatwo zmyje najbliższy deszcz. A gdy tylko możesz, używaj kuchenek gazowych, które są bardziej wydajne, szybsze i nie pozostawiają śladów. Jak myć naczynia? Jeśli biwakujesz nad naprawdę dużą rzeką, niewielka ilość tłuszczu z menażki jej nie zaszkodzi. Małe źródło łatwo jednak zanieczyścić naszymi resztkami. Nabierz wody, odejdź kilkadziesiąt metrów i dopiero tam umyj ją, a brudną wodę wylej do niewielkiego dołka w ziemi, z dala od źródła i od miejsca biwakowego. Jeśli musisz użyć detergentu, wykorzystaj mydło biodegradowalne, ale jego resztki także usuń do ziemi. Osobnym tematem jest zabezpieczanie żywności przed zwierzętami. W rejonach, gdzie nie spodziewasz się niedźwiedzi, wystarczy szczelne pakowanie jedzenia i trzymanie go w namiocie. Są jednak miejsca, gdzie obowiązkowym (tak, wymaganym przez prawo!) wyposażeniem jest specjalny pojemnik „Bear Canister”. To cylindryczny zasobnik wykonany z poliwęglanu, mieszczący zapas jedzenia na 4-8 dni, szczelnie zakręcany i bardzo mocny. Kształt i konstrukcja sprawiają, że niedźwiedź nie ma możliwości otwarcia go. Taki pojemnik jest najpewniejszym sposobem przechowywania jedzenia, choć niekoniecznie wygodnym – czasem musisz kombinować jak zmieścić go w niewielkim plecaku. Patrząc na niego, możesz nie uwierzyć, że wytrzyma kontakt z łapami lub szczękami niedźwiedzia. A jednak tak jest. Dla tych pierwszych jest zbyt pancerny (waży ponad 1/2 kg), dla tych drugich – za szeroki i zbyt okrągły. Innym patentem jest Ursack, worek wykonany z Dyneemy i Kewlaru. Lżejszy i łatwiejszy do spakowania, jest wciąż skuteczną barierą dla niedźwiedzia. Używając tego worka, jedzenie włóż dodatkowo w szczelną torbę foliową, nieprzepuszczającą zapachu. Pamiętaj też, że Urscack nie jest dopuszczony do użytku w niektórych rejonach, np. Yosemite albo Sequoia Kings Canyon. Przez lata popularnym sposobem zabezpieczania jedzenia było wieszanie go na gałęzi lub między drzewami. Choć niezła, metoda ta wymaga wprawy i nie jest w 100% skuteczna. A jeśli popełnisz przy niej błąd, jest szansa, że także Ty nie dosięgniesz potem do swoich zapasów! Co gorsza, w uczęszczanych rejonach zwierzęta nauczyły się do niej wspinać. Niedźwiedzie potrafią przegryzać linki by zrzucić torbę i pomagają sobie w dosięgnięciu do niej. 6. Toaleta czyli sztuka mycia i dyskretnej defekacji Co zjedzone trzeba też wydalić. Toaleta na szlaku to najczęstszy powód do żartów i narzekań. Ostatecznie jednak, na dłuższym szlaku, każdy z nas musi w końcu pognać w krzaki. I co dalej? Cytując literaturę górską: „jak się załatwić, by nie załatwić lasu”? Ludzkie odchody ulegają naturalnemu rozkładowi, nie oznacza to jednak, że powinniśmy z radością wypróżniać się kiedy chcemy i gdzie. To, co zostawimy będzie nieestetyczne, będzie płoszyć zwierzęta zapachem i stanie się potencjalnym źródłem zakaźnych mikroorganizmów. Niestety, niewłaściwe nawyki higieniczne sprawiły, że pasożyt obecny w ludzkim kale – lamblia jelitowa – dotarł już do wielu zakątków Ziemi i obecny jest w czystych, zdawałoby się, źródłach wody. Nie powinny też zostawać na wierzchu, ale zostać zakopane w odległości co najmniej 50 metrów (Amerykanie stosują zasadę 200 stóp, co daje ok. 70 metrów) od źródeł wody i obozowiska. Jeśli biwakujesz w dolinie rzeki, odejdź poza możliwy zasięg najwyższego stanu wody. Idealna do tego jest mała łopatka, którą należy wykopać dołek o głębokości min. 15 cm. Dobrze, jeśli wykonasz go w żyznej glebie, której roślinność i małe organizmy przyspiesza rozkład. Dla wielu początkujących turystów pozycja kucająca, nieodzowna do korzystania z wielu toalet w Azji oraz toalety „leśnej”, wydaje się niekomfortowa, ale cóż – trzeba się do niej przyzwyczaić. Papier toaletowy wrzuć razem z odchodami do dołka i całość dokładnie zakop. Wielu turystów, zwłaszcza szukających oszczędności na wadze sprzętu, unika zabierania ze sobą łopatki. Pamiętaj jednak, że niewielki otwór wydłubany patykiem czy butem to za mało na toaletę. Duża szpilka do namiotu będzie OK tylko w ostateczności i nic nie zastąpi małej łopatki. A co w sytuacji, gdy Twojego dołka nie da się zakopać? Co gdy podłoże w ogóle nie pozwala na jego wykopanie? Takim miejscem będzie na przykład pustynia. Wśród kamieni i żwiru trudno szukać miejsca na wykopanie improwizowanej toalety. Jeśli wędrujesz w skrajnie suchym i gorącym miejscu nie pozostaje nic innego, jak przykrycie odchodów kamieniami lub przysypanie piaskiem. Słońce wysuszy je i zabije zakaźne mikroorganizmy. Sprawa ma się znacznie gorzej w regionach polarnych lub ponad granicą lasu, gdzie aktywność flory bakteryjnej rozkładającej resztki organiczne jest bliska zeru. W takim miejscu kopanie dołka i jego zakrycie powinno być bardzo dokładne. Obozowisko na Grenlandii. Tu namioty stały na piasku, z dala od roślinności, a toaleta była zamknięta i ściśle odizolowana od otoczenia. W miejscach, gdzie naturalny rozkład zachodzi wolno, zostawianie papieru nie ma sensu. Lepiej zabrać go ze sobą, szczelnie spakowany w podwójna torebkę foliową lub spalić. To ostatnie tylko wtedy, gdy nie ma możliwości zaprószenia ognia! Jeśli jesteś na pustyni i właśnie pieczołowicie zacierasz swoje ślady, pamiętaj że strzępy „srajtaśmy” zostaną tu bardzo długo. Lepiej połóż je na kupkę i podpal. Do takich właśnie celów, oprócz łopatki i papieru, warto mieć w terenowej toalecie zapalniczkę. Jeśli dokoła pełno jest suchej roślinności, o ogniu oczywiście nie ma mowy – wtedy zabierasz go ze sobą. Zimą wydalanie może być wyzwaniem. Nie tylko dlatego, że trudno jest wystawić tyłek na mróz. Zmarznięta na kość ziemia może nie pozwolić na wykopanie dołka, a gruba warstwa śniegu nie daje dostępu do gleby. Moja jedyna rada: szukaj miejsc pod drzewami, gdzie białego puchu jest mniej, dotrzyj do gołej gleby i staraj się ją rozbić. Potem starannie przykryj dołek liśćmi, igłami i śniegiem. Są wreszcie miejsca, gdzie natężenie ruchu turystycznego zmusza do wynoszenia przez turystów swoich odchodów. Parki narodowe USA stosują system przydzielania odwiedzającym specjalnych woreczków o podwójnych ściankach. Gdy przyciśnie Cię potrzeba, sprzątasz po sobie tak, jak robisz to np. po psie w parku i usuwasz je do specjalnych punktów u podnóża gór. Uczestnicy spływów Kanionem Kolorado obowiązkowo zabierają ze sobą specjalne pojemniki na odchody, opróżniane na mecie. Wspinacze w wielkich ścianach parku Yosemite używają „poop tube” czyli szczelnych rur. Natura wezwała Cię na wysokości kilkuset metrów? Żadna filozofia. „Stawiasz klocka” do szczelnej torebki, wrzucasz ją razem z papierem do rury, wsypujesz niewielką ilość środka dezynfekującego, sody oczyszczonej, kociego żwirku lub trocin (takich dla chomika) i zamykasz. Tę sekwencje powtarzasz aż do zejścia ze ściany. Znacznie lżejsza kwestią jest sikanie. W zasadzie wystarczy, jeśli oddajesz mocz 50 metrów od wody i z dala od ścieżki. Jeśli biwakujesz, rób to za każdym razem w innym miejscu, gdyż sól i zapach mogą przywabiać zwierzęta. Oddawaj mocz raczej na gołą ziemię niż rośliny. Mycie ciała i zębów podlega tym samym zasadom, co mycie naczyń: rób to w oddaleniu od źródła, namiotów, a wodę z resztkami pasty zakop w dołku. Pamiętaj – jej zapach też może wabić lub dezorientować zwierzęta. Na temat mycia się mydłem w rzece zdania są podzielone. Jeśli jest to duża rzeka, niewielka ilość biodegradowalnego mydła pewnie jej nie zaszkodzi, ale lepiej tego unikać. Co do mnie, wybieram raczej szybkie mycie w strumieniu bez użycia jakichkolwiek detergentów. Na dokładną higienę przychodzi czas po zejściu do cywilizacji. szczegółowo opisałem to w osobnym artykule. Osobną kwestią jest utylizacja tamponów i podpasek. Niektóre, produkowane w 100% z bawełny i oznaczone jako „ekologiczne”, nadają się do kompostowania lub spalenia. Większość dostępnych środków zawiera niestety tworzywa sztuczne. Należy je szczelnie spakować i znieść razem z innymi odpadami w dolinę. Jeśli jesteś w podróży przez dłuższy czas, rozważ zabranie wielorazowych podpasek przeznaczonych do prania lub silikonowego kubeczka menstruacyjnego. 7. Dzikie zwierzęta – szanuj i trzymaj dystans Nie tylko pozostawione w obozie resztki zmieniają zachowanie zwierząt. Sama obecność człowieka płoszy wiele zwierząt, co w przypadku np. ptaków może grozić porzuceniem przez nie gniazda i śmiercią piskląt. Duże drapieżniki – wbrew opowieściom fantastów – boją się bardziej nas, niż my ich. Co więcej, wystarczy sam dźwięk naszego głosu, by przestraszyć takie zwierzęta jak niedźwiedź, wilk czy amerykańska puma. W górach wszystkie zwierzęta boją się ludzi. Nawet rozmowa i szuranie butów po ścieżce wystarczą, by przepłoszyć wiele z nich. Gdy atakują, to tylko czując zagrożenie niespodziewanym zbliżeniem się do nich. Wędrując, przemieszczaj się cicho i nie krzycz. Wyjątkiem jest wędrówka na terenach zamieszkałych przez niedźwiedzie (w naszym regionie to np. Karpaty Rumuńskie), gdzie dobrze jest wydawać dźwięki podczas marszu. Ja sam robię to, przydeptując liście i gałęzie na ścieżce. Ich szelest jest wystarczająco głośny. Choć jest potężnym zwierzęciem, niedźwiedź zwykle boi się Ciebie bardziej, niż Ty jego. Unikaj wędrowania nocą i to nie tylko w parkach narodowych. Wiele gatunków drapieżników noc to czas aktywności, żerowania i wędrówek po lesie. Są to np. małe drapieżniki (kuny, łasice, borsuki) i duże zwierzęta (wilki, niedźwiedzie, dziki i inne). Przemieszczanie się nocą zakłóca ich gody i nie pozwala się swobodnie przemieszczać. Ma to duże znaczenie w Tatrach, gdzie sieć szlaków jest bardzo gęsta. Tam 95% powierzchni parku narodowego znajduje się bliżej niż 1 kilometr od szlaku, a więc ilość miejsca, gdzie zwierzęta mogą być z daleka od ludzi jest bardzo niewielka. Nie podchodź do dzikich zwierząt, nie dotykaj ich i nie karm. Młode zwierzęta, po tym jak dotykał ich człowiek, mogą zostać porzucone przez swoich rodziców. Zwierzęta, które zatracą strach przed człowiekiem, wchodzą potem do osiedli i miast, zagrażając ludziom i sobie. Niedźwiedzie są tu dobrym, choć nie jedynym przykładem. Obserwując zwierzęta trzymaj dystans bezpieczny dla obu stron, będąc dość daleko, by nie zmuszać ich do ucieczki. Fotografując je korzystaj z teleobiektywu. Dobrze jest fotografować z ukrycia, leżąc na ziemi, zza pnia, głazu itp. Biwakując chowaj wszystkie resztki jedzenia i umieść namiot tak, by dać zwierzętom swobodny dostęp do wody. Wiele z nich przychodzi do wodopoju nocą, dlatego biwakuj z dala od źródeł i strumieni. 8. Szanuj innych użytkowników Banalne? Być może. A jednak regularnie przewracam oczami mijając grupy idące rytm muzyki z telefonów czy głośników Bluetooth. Każdy z nas ma prawo do prywatności i kontemplacji przyrody w ciszy, dlatego unikaj rzeczy, które ją zakłócają. Na wąskiej ścieżce pamiętaj o zasadach pierwszeństwa. Idący pod górę ma pierwszeństwo przed schodzącym. Idący pieszo ustępuje drogi jadącemu na koniu, zaś rowerzysta ustępuje pieszym i konnym. Niedopuszczalne i bardzo ryzykowne jest wymuszanie pierwszeństwa podczas downhill’u wąską ścieżką. O rozjeżdżaniu szlaków quadami nie warto się rozpisywać – jedyne, jakich obecność dopuszczam w górach, to te należące do GOPR. Szlaki piesze i konne w polskich górach wytyczono osobno, ale czasem idą one tymi samymi ścieżkami. Na wielu szlakach świata (np. św. Jakuba w Hiszpanii) możesz spotkać konie lub osły. Pamiętaj, by podczas mijania zachować odstęp, gdyż zwierzęta łatwo spłoszyć. Ustępując miejsca koniom stań od strony stoku. Trzymaj też pod kontrolą swojego psa, jeśli z nim wędrujesz i tam gdzie to konieczne lub wymagane trzymaj go na smyczy. Pamiętaj, że niektóre parki narodowe nie zezwalają na wprowadzanie psów w ogóle. Biwakując wybieraj miejsca schowane, które nie będą dostrzegalne przez przechodzących w pobliżu. W zachowaniu dyskrecji pomoże maskujący kolor namiotu lub tarpu (ten na zdjęciu wyżej nie jest najlepszym przykładem, choć z pewnością zwróci uwagę służb ratowniczych). 9. Nie zabieraj pamiątek Wszyscy wiemy, że nie zabiera się eksponatów z muzeum. Ale drobne rzeczy znalezione w lesie, na ścieżce? Cóż, zabranie do domu kamyka czy ładnego kawałka drewna być może nie będzie szkodliwe. Zabierając jednak interesujący okaz minerału czy rośliny nie pozwalasz kolejnym osobom na jego zobaczenie. Nie zbieraj kwiatów, które w górach rozwijają się wolniej i rosną w trudniejszych warunkach. Robiąc pamiątkowe zdjęcia nie wykładaj się całym ciałem na krokusowej łące, niczym sezonowe hordy w Dolinie Chochołowskiej. 10. Nie podpisuj zdjęć Z polowaniem na najlepsze ujęcia, a potem ich publikowaniem, wiąże się ostatni punkt, coraz częściej wspominany jako jedna z zasad „Leave No Trace”. Jest nim niepublikowanie dokładnej lokalizacji niezwykłych miejsc, które znaleźliśmy. Facebook, Pentagram i Pinterest odgrywają duża rolę w promowaniu miejsc i regionów. W pewnych przypadkach ich fotogeniczność przyczyniła się jednak do ich oblężenia przez miliony ludzi, docierających w jakiś punkt tylko po to, by uwiecznić go na zdjęciu. Prowadzi to do zadeptania tych miejsc i obciążenia ich wielkim strumieniem turystów. Może to mieć swoje dobre strony. Pamiętam, jak trawersując Islandię ze wschodu na zachód zastanawiałem się, gdzie podziewają się te 3 miliony ludzi odwiedzających ten kraj? W końcu całe jego wnętrze było przejmująco puste. Odpowiedź brzmiała: na wybrzeżach, gdyż te są łatwo dostępne i to wzdłuż nich skupia się większość wodospadów, lagun, plaż czy terenów aktywności wulkanicznej. Dzięki skanalizowaniu niemal całego ruchu turystycznego tam, moja wędrówka była prawdziwie samotna. Miejscem, które padło ofiarą swojej urody, jest Horseshoe Bend na rzece Kolorado. Kiedyś znane nielicznym, dziś odwiedzane przez 2 miliony ludzi rocznie. Swoją popularność zawdzięcza social mediom, gdzie regularnie oznaczane, zyskało niebotycznie na popularności. Miejscowe władze musiały ograniczyć ruch i powiększyć parking, który nie mieścił już przybywających tu autokarów, zbudować poręcze i punkt obserwacyjny. Zwiększyła się liczba wypadków, gdy źle przygotowani turyści nie wytrzymywali upałów i wzywali pogotowie. Niestety, to właśnie oznaczanie w social mediach takich miejsc jak Horseshoe Bend sprawia, że zostają one zniszczone przez tłumy. Odkrywając takie perełki możemy ulegać pokusie, by opisać je, oznaczyć na Instagramie, wskazać dokładną lokalizację. Wpisz w wyszukiwarkę frazę „krokusy miejsca”, a wyskoczą blogi, których autorzy dokładnie opisali i oznaczyli najlepsze miejsca na sesje. Taka informacja otwiera jednak dostęp do tych miejsc tym, którzy zniszczą je w celu uzyskania najlepszego ujęcia. Miejsca znane dotychczas tylko pasjonatom stają się znane także tłumom. Jak napisał jeden z amerykańskich autorów: „Niegdyś w wąwozie w Górach Catskill był mały staw, cudownie wolny od ludzi. Można było tam pojechać w okresie letnim i mieć to miejsce dla siebie. Potem przyszedł Instagram. Nie powiem wam nazwy wąwozu ani nie podam linku do zdjęć, ponieważ tylko pogorszyłoby to inwazję pijanych, wylegujących się ludzi w tym, co było niegdyś oazą samotności i spokoju. Użytkownicy Instagrama, którzy uwielbiają spędzać czas na świeżym powietrzu, mają zwyczaj niszczenia dzikich miejsc, które opisują – straszna ironia, której wydają się nie rozumieć”. Miejsca takie jak Horseshoe Bend kilka lat były znane wąskiemu gronu pasjonatów, zwykle znających zasady „Leave No Trace”. W szczycie sezonu spotykało się tam może kilka osób. Obecnie na Instagramie znajdują się tysiące zdjęć, oznaczonych geotagiem tego miejsca. Część z nich wykonali popularni influencerzy, obserwowani przez setki tysięcy użytkowników. Znajdują oni naśladowców chcących otrzymać te same ujęcia. Dzięki tagowaniu kolejne osoby są zwolnione z szukania. Nagle miejsce to wypełnia się instagramowymi wanna be fotografami, wykorzystujący to miejsce wyłącznie jako tło do sesji. Trafiają tam, nie wiedząc nic o danym miejscu i zasadach odpowiedzialnej turystyki. Zostają po nich śmieci, ogniska i dzikie miejsca biwakowe. O ile nie zaszkodzi to specjalnie miejscom już popularnym, dla tych jeszcze nieznanych może być początkiem końca. Szerzej o tym temacie przeczytasz w artykule Molly McHugh „Loved to Death”. Powinniśmy cieszyć się pięknymi miejscami. Jednak geotagowanie oznacza wysyłanie w nie ludzi pozbawionych wiedzy i wyczucia, co ma na te miejsca ogromny, negatywny wpływ. Oznaczając swoje zdjęcie na Świnicy czy Śnieżce nie wywołasz większej szkody. Ale opisując dokładnie położenie unikalnego jeziora, wodospadu czy, co gorsza, miejsca życia lub żerowania rzadkich zwierząt, zapraszasz w to samo miejsce potencjalny strumień ludzi, który je zniszczy. Media społecznościowe, właściwie użyte, potrafią być świetnym narzędziem zwiększającym świadomość. Potrafią też niszczyć miejsca przez popularyzację. Dlatego dzieląc się zdjęciami zastanów się, czy warto upubliczniać ich lokalizację. Czasem, zamiast chwalenia się jakimś odkryciem, lepiej pozwolić docierać tam ludziom mającym cierpliwość, wiedzę i szacunek dla przyrody. Na zakończenie zapraszam Cię do obejrzenia wysłuchania 2 materiałów o wędrowaniu „bez śladu”. To film nagrany wspólnie z Marcinem Surowcem, autorem kanału YT „Bushcraftowy”: i odcinek podcastu „Black Hat Ultra” – o naszym wpływie na planetę w ogóle i podróżowaniu dobrym dla przyrody:
Tak jak jeleń V1 [V1] Tak jak jeleń do źródła wody, Dusza ma do Ciebie lgnie. Tyś pragnieniem mojego serca, Ciebie Panie wielbić chcę. Tyś mą siłą, Tyś tarczą jest, Na Tobie tylko polegać chcę. Tyś pragnieniem mojego serca, Ciebie Panie wielbić chcę!
tak jak jeleń do źródła wody